Bałkany

Przed...

Wyjazd został zaplanowany wczesną wiosną pod wpływem wspomnień Mateusza o pobycie w Rumunii w 2010r. Tak spodobały mi się Jego opowieści, że zaproponowałam ponowną wyprawę do tego kraju, a niejako "przy okazji" objazd po kilku innych krajach bałkańskich, przy czym wszyscy jednogłośnie zdecydowaliśmy, że miejscem docelowym będzie Chorwacja. Na wyjazd z nami zdecydowała się też Przyjaciółka Mateusza - Patrycja.

Stwierdziliśmy, że tym razem najwygodniejszym i zapewne najtańszym środkiem lokomocji będzie auto. Jako że nie posiadaliśmy żadnego, nadającego się na taką eskapadę (Mateusz jest wprawdzie dumnym właścicielem amerykańskiego Chevroleta Camaro, ale to auto "zjadłoby nas z butami"), zaczęliśmy szukać czegoś w przystępnej cenie, zakładając, że po powrocie auto sprzedamy i częściowo koszt się zwróci. Rozpytując w Rodzinie i wśród Znajomych dowiedzieliśmy się, że Szwagier właśnie chce sprzedać nienajgorszy samochód i to za bardzo okazyjną cenę. I jak tu nie wierzyć w szczęście... Transakcja została "zaklepana", Mateusz zabrał auto do Gdańska, by je "przejrzeć" i usunąć ewentualne usterki (w gruncie rzeczy to były drobiazgi, ale przed tak długą trasą trzeba było zadbać o wszystko). W efekcie stwierdziliśmy, że auto przyda się po powrocie Szymonowi, który tuż przed wyjazdem uzyskał prawo jazdy.

Zaczęłam czytać w internecie, co warto zwiedzić, obejrzeć i tak powstał plan wycieczki.

Zgodnie z życzeniem Mateusza zaplanowałam wyjazd w godzinach popołudniowych, by większość drogi pokonać nocą i dotrzeć do pierwszego miejsca pobytu następnego dnia przed południem. Trochę się martwiłam, czy Mateusz da radę tak długo siedzieć za kierownicą, bo pierwszy odcinek miał ponad 1000 km. Uspokoił mnie, że nie mam się martwić, bo w razie czego zmienią Go Szymon lub Patrycja.

Tuż przed wyjazdem zrobiłam trochę zakupów spożywczych. Poruszanie się samochodem ma tą zaletę, że można bagażnik załadować do pełna wieloma rzeczami, również żywnością, których nie da się zabrać, targając bagaże do pociągu czy samolotu.

Wyjazd

24.07.2016 (niedziela)

Wyruszyliśmy około 16.30. Zatankowaliśmy bak do pełna i spisaliśmy licznik, żeby kontrolować przejechane kilometry i zużyte paliwo. Tak robiliśmy za każdym razem, dzięki czemu po powrocie obliczyłam, że auto spisało się doskonale i rzeczywiście ten sposób podróżowania okazał się zarówno wygodny, jak i relatywnie tani.

Już na samym początku pojawił się pewien problem. Planując termin wycieczki zupełnie nie wzięłam pod uwagę zbliżających się Światowych Dni Młodzieży i związanych z nimi możliwych korków na drogach. Mateusz skierował się w stronę wjazdu na autostradę i na szczęście w tym momencie zadzwonił do Niego Kolega, który stał właśnie w koszmarnym korku przy autostradowych bramkach pod Toruniem. Pojechaliśmy więc "starą" drogą do Torunia i dopiero za nim wjechaliśmy na autostradę.

Kolejnym problemem okazała się nawigacja, którą Patrycja pożyczyła od Rodziców. Jakoś to urządzenie nie chciało z nami "współpracować" i przez kilka pierwszych dni wyznaczanie trasy okupione było odrobiną nerwowości...

25.07.2016 (poniedziałek)

Kiedy zapadła noc, Patrycja i Szymon błogo zasnęli, ja natomiast dotrzymywałam Mateuszowi towarzystwa. Granicę ze Słowacją przekroczyliśmy około 3-ciej. Od razu w przygranicznym biurze wykupiliśmy winiety na drogi słowackie i węgierskie na okres jednego miesiąca. Już wcześniej zdecydowaliśmy, że będziemy wracać również przez te kraje.

Przyjemniej zrobiło się, gdy zaczęło się rozjaśniać. Zatrzymaliśmy się po drodze przy samolocie, który stał sobie spokojnie na sporym placyku i najwyraźniej służył za restaurację.

Granicę słowacko - węgierską przekroczyliśmy około 6-tej, a do rumuńskiej dojechaliśmy po 8-mej. Dwugodzinną jazdę przez Węgry przespałam tym razem ja, w końcu "padłam" po całej nocy czuwania. Na granicy staliśmy w kolejce niecałą godzinę i ruszyliśmy w dalszą drogę około 10.15 - w tym czasie przestawiliśmy zegarki o jedną godzinę "do przodu".

Rumunia

  • Nazwa: Rumunia
  • Stolica: Bukareszt
  • Język urzędowy: rumuński
  • Hymn: Deșteaptă-te, române (Przebudź się, Rumunie, od 1989r.)

Jako że Słowację przejeżdżaliśmy w nocy, a Węgry "przespałam" - teraz rozglądałam się na wszystkie strony, by jak najwięcej zapamiętać. Doszłam do wniosku, że krajobraz rumuński podobny jest do polskiego z tą różnicą, że Rumunia jest bardziej "zarośnięta".

Mateusz jechał już bardzo powoli, coraz częściej zarządzał postoje. Podczas jednego z nich, na niewielkim zakolu drogi, prawie "władował się" do rowu, ale na szczęście zahamował w odpowiednim momencie i zdołaliśmy wypchnąć auto na równy teren. Dopiero znacznie później przyznał się, że miał chwilami problem z koordynacją wzrokowo - ruchową...

Około 12.30 dojechaliśmy do pierwszego miejsca pobytu.

Sapanta

Pensjonat Anca okazał się bardzo przyjemnym miejscem - czysto, cicho, osobne wejście do pokoju, auto "na oku", pod oknem.

Zjedliśmy posiłek z naszych zapasów i Chłopacy "padli", szczególnie Mateusz. Ja wzięłam prysznic i jeszcze próbowałyśmy z Patrycją wpisać do nawigacji trasę na następny dzień, ale szybko zrezygnowałyśmy i również zasnęłyśmy.

Wstałam około 16.30, obudziłam pozostałych i poszliśmy zwiedzać miejscowość ze szczególnym uwzględnieniem Wesołego Cmentarza, z powodu którego w ogóle zatrzymaliśmy się w Sâpâncie.

Kościółek usytuowany na Wesołym Cmentarzu był akurat restaurowany, więc nie mogliśmy wejść do środka, niemniej i on, jak i cały cmentarz, bardzo nam się spodobał.

Przed cmentarzem kupiliśmy w lokalnym barze plâcintâ - bardzo smaczne racuchy z serem. Poszliśmy na spacer bocznymi dróżkami. "Przyczepił się" do nas piesek, którego Mateusz nazwał Ceaușescu.

Wracając na kwaterę kupiliśmy piwo. Usadowiliśmy się na leżakach i najzwyczajniej leniuchowaliśmy. Młodzież skorzystała z kąpieli w ogrodowym baseniku.

Pod wieczór zjedliśmy kolację. Niestety, nigdzie nie mogłam znaleźć czajnika, żeby zagotować wodę, więc piliśmy wodę. Bardzo brakowało mi kawy...

Po kolacji poszliśmy jeszcze raz pospacerować. Dotarliśmy do pięknego monastyru, ale ściemniało się już, więc postanowiliśmy podjechać tam następnego dnia przed wyjazdem.

Wcześnie poszliśmy spać, ponieważ wszyscy, Mateusz oczywiście najbardziej, odczuwaliśmy skutki męczącej, długiej podróży.

26.07.2016 (wtorek)

Obudziłam się około 8-mej, zbudziłam wszystkich. Zafundowaliśmy sobie orzeźwiające prysznice i zaczęliśmy się pakować. Okazało się, że Patrycja pod sandałem przyniosła z lasu "kolonię" mrówek. Biegałyśmy z chusteczkami, żeby je zebrać. Najgorsze było to, że wdarły się do torby z żywnością. Wyniosłam torbę na zewnątrz, by wszystko z niej wyjąć i oczyścić. Kiedy torba była już pusta, chciałam przejść kilka kroków na trawnik, by tam ją wytrzepać. Cofnęłam się krok do tyłu... nie zauważyłam nierówności na chodniku i runęłam jak długa. Szymon usłyszał mój jęk, wybiegł i pomógł mi wstać. Zdarłam skórę na kolanach i łydkach, ale przede wszystkim lekko skręciłam lewą kostkę. Mateusz chciał szukać lekarza, ale stwierdziłam, że chyba nie będzie tak źle i dam radę chodzić.

Podjechaliśmy do baru na śniadanie i nareszcie napiłam się kawy. Później jeszcze podjechaliśmy do monastyru Sâpânța Peri.

Ruszyliśmy w drogę do kolejnego przystanku. Upał już od rana dawał się we znaki. Jechaliśmy górskimi drogami przez Transylwanię, widoki były przepiękne.

Po drodze zatrzymywaliśmy się, żeby coś zjeść. Podczas postoju na stacji paliwowej w okolicach Kluż-Napoka zabandażowałam nogę, bo nareszcie udało mi się zdobyć ciepłą wodę do rozpuszczenia rywanolu. Kiedy próbowaliśmy po polsku, po angielsku i na migi wytłumaczyć pani na stacji, czego potrzebuję, odezwał się pewien pan, stojący w kolejce, dobrze mówiący po polsku - kierowca, który zjeździł Polskę. Po rywanolu pozostały mi zabarwione na żółto palce i piękny manicure szlag trafił...

Mateusz "zakochał się" w rumuńskich pieskach. Przed odjazdem w dalszą drogę poświęcił własną część prowiantu, żeby dokarmić jednego, który wałęsał się w okolicach stacji.

Dojechaliśmy do Sybina. Nadal mieliśmy problem "nawigacyjny", nie mogliśmy odnaleźć żądanego numeru posesji na ulicy podanej w adresie pensjonatu. Mateusz zatrzymał się, by zapytać kogoś o drogę i okazało się, że... jesteśmy nie w tej miejscowości! Mieliśmy dojechać do Sibiel, a nie Sybina. Nasze miny - bezcenne... Zagadnięta pani wyjęła smartfon i na mapie wskazała właściwe miejsce. Musieliśmy zawrócić i przejechać około 20 km.

Kiedy rezerwowałam miejsca noclegowe, zakładałam, że przenocujemy tylko w Sybinie przed dalszą podróżą. Sibiel znajduje się na tyle blisko Sybina, że - jak się później okazało - istniejące tam miejsca noclegowe wyświetlają się, kiedy poszukiwania dotyczą Sybina. Znalazłam pensjonat ze świetnymi opiniami i niestety - nie zweryfikowałam adresu.

Sibiel

Pensjonat Mioritica, położony nad pięknym potokiem, był wręcz bajeczny, a właściciel - nauczyciel historii - bardzo sympatyczny i zabawny. Z racji zainteresowań stworzył na terenie pensjonatu małe muzeum historii komunizmu. Znaleźliśmy tam polskie akcenty! Wybudował też kapliczkę w podziękowaniu za szczęśliwą operację swojej żony.

Pogoda się zmieniła, trochę popadało, choć nadal było ciepło. Poszliśmy do miejscowego sklepu po chleb, który okazał się olbrzymim bochnem. Zjedliśmy na powietrzu kolację, a później "pozwiedzaliśmy" obiekt.

Wynajmowany domek był piętrowy. Ja spałam na dole, Młodzież u góry. Poszliśmy spać około 23-ciej.

27.07.2016 (środa)

Wstałam o 7.30, wykąpałam się, zaparzyłam kawę i czekałam, aż pozostali wstaną. Opuchlizna na kostce trochę zmniejszyła się, choć nadal bolało i miałam tam wielką "bulwę", musiałam bardzo uważać przy stawianiu kroków. Otarcia na kolanach i łydkach zaschły.

Było ciepło, choć pochmurno. Zjedliśmy śniadanie, po którym Patrycja i ja pobiegałyśmy jeszcze z aparatami, czym wzbudziłyśmy u Chłopaków rozbawienie, o ile nie politowanie. Obydwaj wyznają zasadę, że najważniejsze pozostaje "w głowie", co skądinąd nie przeszkadza Im później w oglądaniu zrobionych przez nas fotografii...

Pożegnaliśmy się z gospodarzem i wyruszyliśmy w trasę, po raz pierwszy wyznaczoną bez problemu. Ten dzień spędziliśmy na Trasie Transfogaraskiej.

Przejazd jedną z najpiękniejszych tras europejskich pozostawił w nas niezapomniane wrażenia, choć już wcześniej doszliśmy do wniosku, że w Rumunii w ogóle drogi są strome i kręte, nie trzeba wcale udawać się na Trasę Transfogaraską, by przejechać się serpentynami i poczuć adrenalinę. Auto dostało mocno "w kość", Mateusz nawet zaczął obawiać się o sprzęgło.

Nigdzie nam się nie spieszyło, często się zatrzymywaliśmy, m.in. przed najdłuższym tunelem oraz na tamie przy jeziorze Vidaru. Widoki zapierały dech w piersiach. Zjedliśmy polenta cheese - serową kulkę, ale nie był to jakiś specjalny przysmak. Kukurydza z grilla również nie bardzo nam smakowała. Na jednym z przystanków widzieliśmy niedźwiedzią "rodzinkę", którą Szymon dokarmił waflami ryżowymi, a Mateusz każdego napotkanego pieska pytał, czy zna Ceaușescu z Sâpânțy...

Wreszcie dotarliśmy do zamku Poenari.

Wejście na górę było dla mnie nie lada wyzwaniem, raz - z powodu ciągle bolącej nogi, dwa - ponieważ moja kondycja w ogóle pozostawia sporo do życzenia... Patrycja i Szymon fikali po schodkach jak młode koźlice, a Mateusz powoli człapał ze mną. Kiedy w końcu weszliśmy na zamek, poczułam satysfakcję, że mi się udało, choć Młodzież odrobinę ze mnie kpiła. Zamek nie okazał się specjalnie imponujący, ale widok z góry był niesamowity. Rzuciłyśmy z Patrycją pieniążki na starym dziedzińcu. Zejście na dół było zdecydowanie łatwiejsze...

Stamtąd pojechaliśmy prosto do Bran. Już w czasie jazdy stwierdziliśmy, że będzie za późno na zwiedzanie zamku i żałowałam, że zaplanowałam nocleg w tej miejscowości, bo niepotrzebnie "nadrobiliśmy" sporo kilometrów. Trudno, wszystkiego nie da się przewidzieć...

Bran

W Bran zameldowaliśmy się w miejscu noclegu i szybko pojechaliśmy do centrum miasteczka. Zamek rzeczywiście był już zamknięty, czym zasadniczo nikt się nie zasmucił. Obejrzeliśmy go z zewnątrz, obfotografowaliśmy i poszliśmy na kolację. Zjedliśmy zwykłą pizzę, a na deser - mimo sprzeciwu pozostałych - zamówiłam coś, co nazywało się papanas cu smantana si dulceata, a okazało się być niezwykle delikatnymi pączkami z lodami i bitą śmietaną. Ponieważ w każdej porcji były dwa takie pączki, zamówiliśmy dwie porcje do podziału i jakoś nikt nie protestował, kiedy je jadł...

Pospacerowaliśmy po Bran, aż zrobiło się ciemno i wróciliśmy na kwaterę.

Łazienka w pensjonacie Ando skojarzyła mi się z indyjską - brak zasłonki i radosne chlapanie na całe pomieszczenie, ale poza tym wszystko było bardzo ładne, w drewnie, czyste i pachnące, mieliśmy do dyspozycji dwie sypialnie.

28.07.2016 (czwartek)

Wstałam o 6-tej, przygotowałam dla wszystkich śniadanie. Noga już prawie mnie nie bolała, więc obandażowałam ją bez rywanolu.

Wyjechaliśmy godzinę później. Po drodze zatrzymaliśmy się kilkukrotnie, m.in. w celu wysprzątania auta, aż dojechaliśmy do granicy z Serbią.

Serbia

  • Nazwa: Republika Serbii
  • Stolica: Belgrad
  • Język urzędowy: serbski
  • Hymn: Bože pravde (Sprawiedliwy Boże, od 8 listopada 2006r.)

Na granicy było kompletnie pusto i cicho. Kontrola przebiegła szybko, spokojnie.

Pierwsze spostrzeżenie - pustkowie. Drugie spostrzeżenie - śmieci palone na poboczach dróg. Trzecie spostrzeżenie - drogi proste, jakby wytyczone przy linijce, prawie wszędzie można jechać dość szybko.

Pierwsze napotkane miasteczko było bardzo ładne i czyste. Zatrzymaliśmy się w sklepie, żeby kupić wodę. Do stolicy dojechaliśmy około 15-tej.

Belgrad

Podjechaliśmy do hostelu Parliament. Czekała tam pani, zameldowała nas, a po chwili przyjechał jej mąż, który poprowadził nas na kwaterę. Mieliśmy do dyspozycji dwupokojowe, eleganckie mieszkanko. Zbulwersowała nas woda, kapiąca dość mocno z bojlera - straszliwe marnotrawstwo...

W kuchni na szafce Chłopacy znaleźli rakiję i kieliszki. Nie omieszkali poczęstować się, wystarczyło po dwa kieliszeczki na głowę...

Wszyscy po kolei wzięliśmy prysznic, przebraliśmy się i wyszliśmy zwiedzić wieczorny Belgrad, a przede wszystkim zjeść kolację.

Najpierw oczywiście, pytając przechodniów, udaliśmy się na słynną ulicę Skadarlija, która rzeczywiście okazała się wręcz magiczna. Mieści się przy niej mnóstwo knajpek, w prawie każdej przygrywa gościom zespół. Zatrzymaliśmy się w jednej z nich, popełniając błąd, bo wybraliśmy pierwszą z brzegu - ta akurat nam się spodobała, ale zapewne była jedną z najdroższych. Kolacja jednak była tak pyszna, że nie myśleliśmy o kosztach. Po posiłku zostaliśmy poczęstowani kieliszeczkiem rakiji.

Później przespacerowaliśmy się uliczką tam i z powrotem i usiedliśmy w pubie. Ja napiłam się kawy, pozostali uraczyli się piwem. Czas mijał bardzo przyjemnie, kiedy zorientowaliśmy się, że nikt z nas nie zapisał adresu kwatery, więc poszliśmy jej "szukać". Trochę to trwało, błądziliśmy wieczornymi uliczkami, ale w końcu znaleźliśmy miejsce, zanotowaliśmy adres i wróciliśmy "na miasto", tym razem kierując się na ulicę Knez Mihailova. Nie spodobało nam się tam, wobec tego przeszliśmy przez Plac Republiki, obejrzeliśmy pomnik Kniazia Michała i wróciliśmy na Skadarlija, żeby jeszcze czegoś się napić.

Późno wróciliśmy na nocleg i zmęczeni błogo zasnęliśmy.

29.07.2016 (piątek)

Wstaliśmy o 7-mej, zjedliśmy śniadanie, a o 8.30 ruszyliśmy w drogę.

Bośnia i Hercegowina

  • Nazwa: Bośnia i Hercegowina
  • Stolica: Sarajewo
  • Język urzędowy: bośniacki, chorwacki, serbski
  • Hymn: Državna himna Bosne i Hercegovine (Intermeco, oficjalny hymn od 10 lutego 1998r.; wśród bośniackich muzułmanów nadal jednak popularny jest hymn istniejącej w latach 1992-1995 Republiki Bośni i Hercegowiny Jedna si Jedina, wśród bośniackich Serbów zaś hymn Serbii Bože pravde)

Granicę przekroczyliśmy około południa, równie bezproblemowo, co wcześniej. W przydrożnej restauracji zjedliśmy obiad. Zatrzymaliśmy się też w pobliżu miejscowości Donje Paprasko, by sfotografować piękne jezioro Jablanica - sztuczny zbiornik na rzece Neretwa, wzdłuż której jechaliśmy już do celu. Drogi, ciągnące się serpentynami pomiędzy górami, okazały się kręte, a widoki cudne.

Mostar

Hostel Bojo to rodzinny biznes, prowadzony przez przemiłą panią i jej syna. Od razu poczuliśmy się tam, jak w domu. Zostaliśmy ulokowani na piętrze, w ładnym pokoju z tarasem.

Szybciutko odświeżyliśmy się po podróży i wyszliśmy na spacer.

Bez problemu trafiliśmy do najważniejszego miejsca, czyli na Stary Most, po drodze zatrzymując się przy mniejszym, Krzywym Moście. Tłum turystów wprawdzie nieco nam przeszkadzał, ale w końcu my też ten tłum tworzyliśmy. Pospacerowaliśmy pobliskimi uliczkami, oglądając towary w licznych sklepikach i straganach. Patrycja i ja kupiłyśmy wachlarze, które bardzo nam się później przydały. Zeszliśmy też na brzeg rzeki, a później udaliśmy się na kolację, po której wróciliśmy znowu nad rzekę. Do kolacji wypiliśmy karafkę wina, nad rzeką piwo, tak więc humory bardzo nam dopisywały...

30.07.2016 (sobota)

Pospaliśmy trochę dłużej, a kiedy zaczęliśmy chodzić, od razu pojawiła się gospodyni ze śniadaniem. Dostaliśmy omlety, świeże bułeczki, serki, dźemy, pomidory oraz kawę i herbatę. Zjedliśmy na tarasie... rewelacja...

Nastrój popsuł nam trochę telefon z Polski z wiadomością, że Babcia jest w szpitalu, ale na szczęście okazało się, że nie dzieje się nic bardzo złego.

Po śniadaniu spakowaliśmy się odpowiednio i pojechaliśmy na kąpielisko.

Wodospady Kravica oczarowały nas. Udało nam się usiąść przy stoliku w jednej z kawiarenek. Z godziny na godzinę przybywało coraz więcej letników, a że co jakiś czas zamawialiśmy coś do jedzenia lub picia, nikt nie protestował, że zajmujemy miejsce. Leniwie spędzaliśmy czas, na spacerach i kąpielach. Nie pamiętam już, kiedy ostatnio pływałam, dlatego wiele razy wchodziłam do wody. Mateusz wybrał się ze mną na drugą stronę jeziorka, częściowo pokonał drogę brzegami, a i tak się zmęczył. Miałam ogromną satysfakcję, bo ja płynęłam całą drogę i nawet tego nie odczułam. To był rewanż za wspinaczkę na Poenari...

Jako, że ludność miejscowa jest wielokulturowa, nad wodę przybyli również muzułmanie, co można było rozpoznać po strojach kobiet. Ciekawostką dla nas było to, że panie wprawdzie kąpały się, ale... w ubraniach. Widok zaiste interesujący...

Wychodząc z kompleksu kąpieliska kupiliśmy ze stoiska wódeczkę od zabawnego, młodego chłopaka, zachwalającego głośno sprzedawane towary, szczególnie miód, produkowany rzekomo przez jego mamę. Pomyślałam, że wódeczkę - ewidentnie bimber - zapewne pędzi on sam do spółki z tatą...

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w Medziugorie.

W miasteczku było cicho i spokojnie. Chwilkę błądziliśmy, w końcu pod wzgórze skierowała nas dziewczyna ze sklepu z dewocjonaliami. Tam okazało się, że wejście na górę trwa około godzinki, a że byliśmy zmęczeni kilkugodzinnym plażowaniem i tak naprawdę nikt nie odczuwał potrzeby, żeby się wspinać, zrezygnowaliśmy i wróciliśmy do wspomnianego sklepu, by nabyć suweniry dla babć. Kupiliśmy krzyżyki i małe buteleczki "świętej" rakiji. Dziewczyna miała pod ladą przygotowaną butelkę, by częstować klientów, z czego skorzystaliśmy dość chętnie - oczywiście poza Mateuszem, kierowcą. W ogóle panna była bardzo sympatyczna, najwyraźniej "rozrywkowa" i przy tym ładna. Po wyjściu ze sklepiku Szymon żartował, że się zakochał i poważnie myśli o przeprowadzce do Medziugorie...

W Mostarze zrobiliśmy zakupy i zjedliśmy kolację na tarasie. Wieczór spędziliśmy nad rzeką, pijąc piwo i oglądając odbywający się tam kulturystyczny pokaz kobiet i mężczyzn.

31.07.2016 (niedziela)

Na śniadanie, które znowu zjedliśmy na tarasie, dostaliśmy rewelacyjne racuchy, serek i dżem.

Po posiłku pojechaliśmy do pobliskiej miejscowości Blagaj.

Spacerem dotarliśmy od parkingu do źródła. Można było wynająć ponton, którym wpływało się w głąb jaskini, ale uznaliśmy, że przepłynięcie zaledwie kilku metrów nie jest warte żądanej kwoty. Szymon miał ochotę wejść do klasztoru, ale ponieważ nikt z nas nie chciał Mu towarzyszyć - zrezygnował.

Po spacerze zatrzymaliśmy się w jednym z licznych lokali, gdzie zjedliśmy pyszne desery lodowe i napiliśmy się lemoniady.

Ponieważ od rana panował straszliwy upał i słońce świeciło niemiłosiernie, auto na parkingu tak się nagrzało, że przez kilka minut nie mogliśmy do niego wejść...

W drodze powrotnej do Mostaru Chłopacy wrócili do wcześniejszego pomysłu wspięcia się na górę, którą widzieliśmy dwa dni wcześniej przed wjazdem do miasta. Stwierdzili jednak, że nie mają odpowiedniego obuwia ani plecaków na chociażby wodę, więc postanowili wdrapać się na wzgórze Hum, górujące nad miastem. Patrycja i ja zdecydowanie odmówiłyśmy uczestnictwa w tej wyprawie. Panowie posprawdzali coś w internecie, zabrali smartfon Patrycji, żeby mieć z nami dobry kontakt i wyszli. My wyciągnęłyśmy się na łóżku i zaczęłyśmy oglądać film z laptopa.

Minęło nieco ponad pół godzinki, kiedy piechurzy - spoceni i zziajani - wrócili. Okazało się, że trasa, którą wybrali, była nie do przejścia - zarośnięta, zastawiona jakimś płotem, a okrężna - wygodną ścieżką - zbyt długa na marsz w takim upale. Doszli więc do wniosku, że pojadą na wzgórze autem. W tej sytuacji my też się "zebrałyśmy" i pojechaliśmy wszyscy.

Popołudnie spędziliśmy w pokoju, miło chłodzonym klimatyzacją, a wieczór na Starym Mieście, "zwiedzając" kolejne knajpki...

Spać poszliśmy dość późno, w nocy bolała mnie głowa... Bez komentarza...

01.08.2016 (poniedziałek)

Rano zjedliśmy śniadanie, tradycyjnie już na tarasie, spakowaliśmy się, pożegnaliśmy z gospodynią "na misia" i około 9.40 wyjechaliśmy w drogę do kolejnego kraju.

Do granicy z Chorwacją dojechaliśmy około południa i stanęliśmy w długiej kolejce. Szlag nas trafiał, bo do celu pozostało mniej więcej 10 km, a wszystko wskazywało na to, że spędzimy tutaj kilka godzin.

Posuwając się w ślimaczym tempie zrobiliśmy sobie "piknik" na masce samochodu - wafle ryżowe, serki topione, kiełbaski, pomidory.

Przed nami w kolejce stała grupa młodych ludzi, którzy cały czas, z nudów zapewne, wygłupiali się. W pewnym momencie jedna z dziewczyn wyjęła z bagażnika szmatkę i płyn do szyb, podeszła do Mateusza, oferując umycie szyby w zamian za pomidora. Śmiechu było co niemiara, choć Patrycja nie miała najszczęśliwszej miny...

Granicę przekroczyliśmy po prawie czterech godzinach.

Chorwacja

  • Nazwa: Republika Chorwacji
  • Stolica: Zagrzeb
  • Język urzędowy: chorwacki
  • Hymn: Lijepa naša domovino (Piękna nasza ojczyzno, od 25 czerwca 1991r.)

Dubrownik

Zwiedzanie Dubrownika zaczęliśmy od wjazdu na Wzgórze Srđ. Droga okazała się niebywale stroma, wąska i kręta. Przejechanie nią wywołało dużo emocji - ja w ogóle się nie odzywałam, bo chyba zaczęłabym krzyczeć ze strachu. Auto, a przede wszystkim kierowca - Mateusz, sprawili się jednak dzielnie, szczęśliwie wjechaliśmy i później zjechaliśmy.

Pierwotny plan zakładał, że na bezpłatnym parkingu na wzgórzu zostawimy samochód, zjedziemy kolejką zwiedzić Stare Miasto Dubrownika, wjedziemy z powrotem na górę i dopiero wtedy udamy się na miejsce noclegowe. Musieliśmy jednak zweryfikować plan, ponieważ nie dość, że na przejazd kolejką czekało mnóstwo ludzi, to na dodatek akurat była awaria, wagonik kursował pusty tam i z powrotem i nie wiadomo było, kiedy na nowo zaczną się przewozy turystów. Ponadto Patrycja wystraszyła się nieco z powodu awarii, a ja wcale nie narzekałam, że rezygnujemy z tej atrakcji, ponieważ w ten sposób zaoszczędziliśmy całkiem sporą kwotę.

Widok z góry okazał się faktycznie tak wspaniały, jak wszyscy go opisują. Pochodziliśmy po wzgórzu, zrobiliśmy fotki i zjechaliśmy autem do centrum miasta.

Problemem okazało się znalezienie miejsca parkingowego, czego zresztą się spodziewaliśmy. Jeździliśmy tam i z powrotem, kiedy wreszcie na jednym zobaczyliśmy sporo wolnych miejsc. Było to zadziwiające do czasu, kiedy Mateusz podszedł do automatu wykupić bilet - cena postoju była dwukrotnie wyższa, niż na innych parkingach. Nam jednak było to już obojętne...

Poszliśmy do centrum Starego Miasta. Dubrownik jest piękny, ale... szybko znużyliśmy się spacerem, bo z powodu ogromnej liczby turystów zasadniczo trudno było cokolwiek spokojnie oglądać. Tłum, napierający praktycznie ze wszystkich stron, dekoncentrował przynajmniej mnie na tyle, że nie byłam w stanie nawet zastanowić się, w jakim miejscu jesteśmy, o rozpoznawaniu zabytków nie wspominając. Na Stradun zjedliśmy szybki posiłek i dopadło nas kolejne "dubrownickie" przygnębienie - ceny okazały się wręcz kosmiczne! Również bilety wstępu na mury, którymi chcieliśmy się przejść, były bardzo drogie, więc zrezygnowaliśmy. Najlepszym momentem było zatrzymanie się przy jednej ze Studni Onofria, żeby napić się i ochlapać zimną wodą.

W związku z powyższym doszliśmy do wniosku, że dwugodzinny pobyt w Dubrowniku - na tyle czasu opiewał wykupiony bilet parkingowy - w zupełności nam wystarcza. Odebraliśmy auto i pojechaliśmy do Zatonu.

Villi Kljunak zameldowaliśmy się przed 20-tą. Otrzymaliśmy śliczny, czysty, dwupokojowy apartament z kuchnią i oczywiście łazienką. Wypakowaliśmy bagaże z auta i poszliśmy na spacer nad zatokę.

Już na wstępie okazało się, że nie do końca odpowiednio przygotowaliśmy się do wycieczki. Ewidentnie zabrakło nam butów kąpielowych, dobrze, że chociaż wszyscy mieliśmy gumowe klapki. Pomoczyliśmy nogi, później zrobiliśmy zakupy spożywcze, a jeszcze później usiedliśmy w jednej z knajpek nad brzegiem zatoki, by zjeść konkretny posiłek.

W związku z oszczędnościami za niedoszły do skutku przejazd kolejką "zaszaleliśmy" - rachunek odrobinę zrujnował portfel... Pierwszy raz w życiu jadłam mule, były świetne. Do kolacji wypiliśmy litr pysznego wina i trochę piwa.

Po kolacji, w doskonałych humorach, jeszcze raz przeszliśmy się na plażę pomoczyć nogi, a później już udaliśmy się na nocleg.

Codziennie dzwoniłam do Cioci, żeby dowiedzieć się, jaki jest stan Babci. Połączenia z Bośni były dość drogie, z Chorwacji już tanie, ale wszystkie fatalne. Doszłam do wniosku, że roaming w sieci Play jest kiepski, bo Patrycja (sieć Plus) dzwoniła do swojej Mamy i rozmawiała bez najmniejszego problemu.

02.08.2016 (wtorek)

Wstałam o 7.30, sparzyłam sobie kawę, a nim Młodzież podniosła się z łóżek, poszukałam w internecie informacji o przejściu granicznym w Neum. Wyczytałam, że raczej należy spodziewać się kolejek, więc najlepiej jechać wcześnie rano.

Na ten dzień zaplanowaliśmy leniuchowanie, zatem zaraz po śniadaniu poszliśmy na plażę, znaną nam z poprzedniego wieczoru. Próbowaliśmy znaleźć jakieś ciekawe miejsce na skarpach wokół zatoki, ale w końcu "zaparkowaliśmy" na betonowym chodniczku. Jak się okazało, to był całkiem trafny wybór. Był tam kamienny murek, na którym można było posiedzieć, a co najważniejsze - tuż za nim rosły drzewka, które dawały cień.

Woda w Adriatyku była bardzo ciepła i bardzo słona. Miałam wrażenie, że jest wręcz gęsta z powodu zasolenia, a przy tym niesamowicie czysta - przy samym brzegu tak przezroczysta, jakby jej nie było, nawet na większej głębokości widać było dno. Kąpaliśmy się wiele razy.

Zagadnęła mnie młoda Polka, mieszkająca na stałe w Chorwacji, pragnąca porozmawiać po polsku. Potwierdziła nasze spostrzeżenia, dotyczące Dubrownika oraz obawy, związane z przekroczeniem granicy w Neum. Ostrzegła też, że droga jest kręta i dość niebezpieczna.

Chłopacy przez cały dzień spacerowali do sklepu po zaopatrzenie - wodę, napoje, bułki, pomidory, ciastka. Po "kolacjowym szaleństwie" poprzedniego dnia - odżywialiśmy się relatywnie tanio, bo tak naprawdę i tak zbyt tanio nie było. Ceny w Chorwacji są zdecydowanie wyższe, niż w Polsce, do czego po kilku dniach przywykłam, zresztą nie było innego wyjścia...

Około 17.30 wróciliśmy na kwaterę. Wszyscy obowiązkowo wskoczyliśmy pod prysznic, by zmyć z siebie sól. Trochę się "przypiekliśmy", ale i tak dużo dało to, że większą część dnia siedzieliśmy w cieniu.

Dość wcześnie poszliśmy spać, by bardzo wcześnie wstać.

03.08.2016 (środa)

Wstałam o 2.45. Obudziłam wszystkich, przygotowałam śniadanie.

Wyjechaliśmy o 4.20. Jechaliśmy Magistralą Adriatycką, czyli słynną Jardanką. Droga była piękna, oferowała cudne widoki, niestety niewiele widzieliśmy, bo było jeszcze ciemno, dopiero w okolicach Neum rozjaśniło się. Granicę przejechaliśmy bez kontroli, celnik tylko machnął ręką, by jechać dalej... Opłaciło się wstać przed świtem. Do Drvenik dojechaliśmy kilkanaście minut po 6-tej. Ustawiliśmy się w kolejce do promu i poszliśmy do kawiarenki na poranną kawę.

Wyspa Hvar

Do Suculje dopłynęliśmy kilka minut po 8-mej. Zatrzymaliśmy się na chwilę, by kupić chipsy i ciastka oraz chorwacki majonez. Ruszyliśmy na drugi kraniec wyspy.

Zgodnie z oczekiwaniami przejazd obfitował w piękne widoki. Zatrzymywaliśmy się kilkukrotnie, m.in. w miejscowości Bogomolje, gdzie u przesympatycznej, starszej pani kupiliśmy nalewki. Pani nas namawiała na kupno różnych, chętnie częstowała. Już wcześniej doszliśmy do wniosku, że na Bałkanach, nim kupi się alkohol, można się urżnąć...

Patrycja kupiła też saszetki z lawendą, ja dostałam jako bonus do nalewek. Ta lawenda później "zapachniła" całe auto mimo, że zapakowałyśmy z Patrycją wszystkie saszetki do kilku worków foliowych.

Nieco dalej urządziliśmy sobie krótki piknik, złożony z bułek z twarożkiem i pomidorów. Stwierdziliśmy, że majonezu Chorwaci nie potrafią zrobić...

Po przejechaniu całej wyspy dotarliśmy do Starego Gradu.

Najpierw pojechaliśmy na przystań promową, by zarezerwować miejsce na określoną godzinę. Okazało się jednak, że można wprawdzie kupić bilety, ale rezerwacji miejsc nie ma, trzeba podjechać odpowiednio wcześniej, ustawić się w kolejce i swoje odczekać... Zastanawiałam się, czy w tej firmie wiedzą, że jest XXI wiek i era komputerów...

Chcieliśmy się ochłodzić, bo upał był niemiłosierny, więc poszliśmy na mrożoną kawę. W końcu trzeba było wymienić euro na chorwackie kuny, bo nie wszędzie można było płacić walutą europejską bądź z użyciem karty płatniczej. Pospacerowaliśmy, popstrykałyśmy fotki i napiliśmy się lemoniady.

Pojechaliśmy na plażę, ale zrezygnowaliśmy z kąpieli. Po poprzednim dniu każdy trochę bał się słońca i słonej wody, ponadto plaża wydała nam się jakaś brzydsza, niż w Zaton, a woda nie taka czysta.

Postanowiliśmy w zamian zafundować sobie dobry obiad. Niestety, w moim przypadku był to "niewypał". Prosiłam o rybę, dostałam kalmary z grilla, w dodatku twarde i niezbyt gorące. Dodatkowa sałatka warzywna to była po prostu porwana sałata, w niej parę kawałeczków pomidora i kilka plasterków ogórka, bez żadnego sosu. Patrycja i Mateusz zamówili dania "bezpieczne" - sałatkę cesarską i pierś z kurczaka w sosie serowym, a najlepiej najadł się Szymon wegetariańską pizzą. Mateusz wprawdzie zamienił się ze mną w połowie jedzenia, ale i tak miałam straszny "nerw", tym bardziej, że obiad nie był tani.

Po posiłku pochodziliśmy jeszcze po uliczkach. Stari Grad to urocze, senne miasteczko, choć sporo w nim turystów. Z odrobiną zazdrości spoglądaliśmy na zacumowane jachty. Ech, mieć taki...

Na przystań promową przybyliśmy około 1,5 godziny przed wypłynięciem. Szymon zasnął w aucie, ale za to później, na promie, dotrzymywał mi towarzystwa, bo z kolei rejs przespali Patrycja i Mateusz.

Split

Nim znaleźliśmy adres zakwaterowania, trochę objeździliśmy miasto. Ulice w Splicie są fatalnie oznakowane, nazwy mało widoczne, numeracja budynków chyba przypadkowa, a miejscowi nie potrafią pomóc, niektórzy sprawiają wrażenie, jakby nie znali własnego miasta.

Kiedy w końcu trafiliśmy, gdzie trzeba, gospodarz zaprowadził nas do mieszkania w bloku, szumnie nazwanego Apartment Dubrovacka Ulica. Pan okazał się być bardzo miły i rozmowny (kolejny nauczyciel!), obdarzył nas opowieścią o mieście oraz folderami i mapkami.

W lodówce znaleźliśmy ser, sok i lody. Zjedliśmy kolację, a Patrycja zrobiła wieeeeeeelkie pranie. Spać poszliśmy około 23-ciej.

04.08.2016 (czwartek)

Patrycja i Mateusz pospali dłużej, a Szymon i ja wstaliśmy około 8-mej. Szymon chyba przede wszystkim dlatego, że cierpiał katusze - swędziały go strasznie plecy, bo zaczynała Mu schodzić skóra po opalaniu. Po śniadaniu, około 10.30, wyszliśmy zwiedzać Split.

Na Stare Miasto weszliśmy Złotą Bramą, doszliśmy do perystylu. Stamtąd skierowaliśmy się do Bramy Żelaznej, wróciliśmy, poszliśmy na wschód do Bramy Srebrnej i znowu wróciliśmy do perystylu. Zeszliśmy do podziemi, gdzie znajdowało się wejście do pałacowych komnat, ale zrezygnowaliśmy ze zwiedzania, bo koszt był dość wysoki. W podziemiach stało mnóstwo stoisk z pamiątkami. Wyszliśmy na drugą stronę na jakiś placyk, ale wróciliśmy ponownie na perystyl, gdzie akurat odbywała się inscenizacja. W towarzystwie małżonki i pretorian pojawił się sam cesarz Dioklecjan, który przemówił do ludu.

Poszliśmy górą do południowej ściany pałacu. Stała tam młoda dziewczyna, oferująca obejrzenie wizualizacji pałacu z czasów rzymskich. Mateusz namówił mnie, bym skorzystała, a później ja namówiłam Patrycję. Rzecz była świetna. Zostały nam nałożone słuchawki na uszy, a na oczy google, do których podłączony był wyświetlacz. Zostałyśmy "oprowadzone" po pałacu przez Dioklecjana, a co najważniejsze - opowieść była w języku polskim.

Pochodziliśmy jeszcze trochę po wąskich uliczkach, podeszliśmy ponownie do pomnika Grzegorza, by dotknąć na szczęście jego palucha (pomyślałam życzenie dotyczące kolejnej wycieczki) i raz jeszcze do podziemi, gdzie wrzuciłyśmy z Patrycją pieniążki do pałacowej studzienki.

Promenadą Riva doszliśmy do dzielnicy Matejuška i tam zjedliśmy obiad w polecanej przez naszego gospodarza knajpce o nazwie Fife. Obiad był fantastyczny - dużo i smacznie. Ja zamówiłam rybę z grilla, Szymon lokalne kluseczki w grzybowym sosie, Patrycja i Mateusz potrawy z kurczaka, a najciekawsza była potrawa, którą wzięliśmy do podziału - czarny ryż z grzybami, o rybnym smaku. Wszystko popiliśmy piwem.

Po obiedzie skierowaliśmy się na skwer, by w cieniu odpocząć - na ławeczce i na trawie, jak kto wolał...

Po drzemce pomoczyliśmy nogi w zatoce i poszliśmy na kawę mrożoną i sok - do wyboru. Przyznać muszę, że kawa w Starim Gradzie była o niebo lepsza...

Stamtąd trafiliśmy na Plac Braće Radiča, gdzie Szymon uraczył nas sokami owocowo - warzywnymi. Nie wiem nawet, z czego były, ale smakowały wybornie.

Później poszwendaliśmy się jeszcze po uliczkach Starego Miasta. Kilkukrotnie wracaliśmy pod zabawną fontannę "figa z makiem", by uchwycić moment tryskania wody.

Starówka w Splicie ma niesamowity urok. Po całym dniu chodzenia bolały nas nogi, ale byliśmy bardzo zadowoleni.

W drodze powrotnej zrobiliśmy zakupy spożywcze na następny dzień oraz napoje i rakiję na wieczór. Do mieszkania dotarliśmy około 20-tej. Do północy spędziliśmy czas rozrywkowo - słuchając muzyki i pijąc zakupioną rakiję - Patrycja i ja odrobinę, Chłopacy trochę więcej, niż odrobinę...

05.08.2016 (piątek)

Wstałam około 5-tej, zrobiłam śniadanie i kanapki na cały dzień. Kiepsko się czułam, ponieważ utkwiła mi ość w gardle. Pojadłam na śniadanie suchy chleb i troszkę mi ulżyło.

Około 6.30 wyruszyliśmy w trasę. Znacząca część drogi prowadziła autostradą, więc szybko jej ubywało. Przejeżdżaliśmy przez wiele tuneli, z których najdłuższy miał prawie 6 km.

Korenica

Przed 9-tą zajechaliśmy na kolejną kwaterę, tym razem w Korenicy, ale nikogo nie zastaliśmy, przywitał nas tylko kotek. Pojechaliśmy więc od razu do Parku Narodowego Jezior Plitwickich.

Zdecydowaliśmy się na przejście trasy średniej długości, połączenie marszu z rejsem stateczkiem i krótkim przejazdem parkowym autobusem. Wędrowaliśmy cały dzień, spokojnie, bez pośpiechu. Pod koniec bolały nas stopy. Dzień był bardzo przyjemny. Jedynym mankamentem były tłumy turystów, ale dopiero wieczorem od właściciela domku dowiedzieliśmy się, że tego dnia było święto narodowe, więc po parku chodzili nie tylko turyści.

Wróciliśmy do Korenicy. Klucz do Apartment Golden Pine wręczyła nam sąsiadka, a właściciel domku zjawił się po jakimś czasie. I to lokum faktycznie można było nazwać apartamentem. Samodzielny domek, dwupokojowy, z kuchnią i łazienką, bardzo elegancki. W lodówce znaleźliśmy znowu rakiję na powitanie. Właściciel - rówieśnik Szymona - był bardzo sympatyczny. Podczas spisywania naszych danych do meldunku dziwił się niezmiernie, że Szymon nie ma stałego adresu pobytu.

Pojechaliśmy kupić coś do jedzenia, choć ze względu na święto nie było to takie oczywiste. Otwarta była tylko jedna piekarnia i sklepik przy stacji paliw. Udało nam się kupić pizzę, placek o nazwie burek, ciastka, chipsy, lody i colę.

Wieczorem zjedliśmy kolację i wypiliśmy po kilka kieliszeczków rakiji. Przeprowadziłam zgaduj - zgadulę dla Chłopaków - musieli odgadywać tytuły "moich" utworów muzycznych. W pewnym momencie usłyszeliśmy na zewnątrz hałas, ale nim zechciało nam się wyjść, świąteczne fajerwerki skończyły się. Nim poszliśmy spać, gruchnęła burza, padało całą noc.

06.08.2016 (sobota)

Nad ranem kotek miauczał na tarasie. Pospaliśmy dłużej, ja wstałam pierwsza około 9-tej. Wypiliśmy kawę / herbatę, zjedliśmy wiśniowe ciastka z poprzedniego dnia i około 10.30 wyjechaliśmy w dalszą drogę. Właściciel podpowiedział Mateuszowi, żeby nie jechać autostradą, bo na bramkach będą korki, więc Mateusz wybrał trasę pomniejszymi drogami. Rzeczywiście udało nam się ominąć korki i około 15-tej dojechaliśmy do celu.

Pula

Apartment Popović, znowu w bloku, choć bardziej nowoczesnym, niż w Splicie, miał również dwa pokoje. Jedyny problem, nie tylko tu zresztą, był taki, że nie działało wi-fi. Okolica bardzo cicha, do centrum spory kawałek, więc po rozpakowaniu wsiedliśmy znowu do auta i pojechaliśmy do centrum.

Zaparkowaliśmy koło Areny i oczywiście najpierw poszliśmy właśnie ją obejrzeć. Wspaniała budowla... Szymon stwierdził, że spokojnie w podróżniczych planach może pominąć Rzym...

Później poszliśmy na nabrzeże, żeby zarezerwować rejs na następny dzień i na szczęście zaoferowano nam w cenie biletu dowóz z i do miejsca zakwaterowania.

Pieszo poszliśmy na Starówkę. Przespacerowaliśmy się tam i z powrotem i w końcu zdecydowaliśmy się zatrzymać w jednej z restauracji na obiedzie. Ja znowu zamówiłam rybę z ziemniakami pomieszanymi ze szpinakiem, bardzo smaczne były. Po obiedzie poszliśmy na deser do kawiarni na soki owocowe i deser lodowy dla mnie. Na placu przed Ratuszem trafiliśmy na występ kuglarzy - Szymon rzucił im pieniążki do kapelusza, zresztą chętnie wspomagał również ulicznych grajków czy mimów...

W drodze powrotnej kupiliśmy napoje. Wieczór był bardzo wesoły. Chłopacy pili rakiję i trochę się wstawili. Poszliśmy spać po północy.

07.08.2016 (niedziela)

Wstaliśmy dość wcześnie i po kiepskim śniadaniu podjechało po nas auto, by zawieźć nas na nabrzeże. Rejs rozpoczął się o 9-tej.

Usiedliśmy na górnym pokładzie, mieliśmy cały stolik dla siebie. Zaczęliśmy od pączków i piwa - chłopacy potrzebowali uzupełnienia płynów w organizmie...

Płynęliśmy wzdłuż Wysp Briońskich. W porcie Fažana zaokrętowano kolejną grupę turystów.

Dopłynęliśmy do Kanału Limskiego, gdzie podano obiad.

Dalej popłynęliśmy do Vrsar. Zeszliśmy na ląd, by wykąpać się i poopalać na plaży.

Stamtąd ruszyliśmy w drogę powrotną. Kolejny przystanek był w Rovinj. Zeszliśmy na ląd na dwie godziny. Pospacerowaliśmy po mieście sami, ponieważ okazało się, że język polski nie jest mocną stroną przewodników, poza tym miałam własne notatki i mogliśmy sami poczytać o miasteczku. Godzina była "podwieczorkowa", więc usiedliśmy w jednej z kawiarenek, by wypić soki i zjeść naleśniki z lodami.

Stamtąd popłynęliśmy już prosto do Puli, zatrzymując się na chwilkę w Fažana, gdzie wysiadła część turystów.

Na nabrzeżu w Puli wsiedliśmy do autobusu, który odwiózł nas w okolice naszego zakwaterowania. Kupiliśmy pizzę i ciastka na kolację. Chłopacy wysączyli końcówkę rakiji, posłuchaliśmy muzyki, obejrzeliśmy przed snem jakiś kiepski film.

08.08.2016 (poniedziałek)

Zmęczeni poprzednim dniem i przygotowując się do długiej podróży powrotnej pospaliśmy solidnie. Ja wstałam około 9.30 i poszłam po zakupy.

Po późnym śniadaniu pojechaliśmy na plażę Ambrela, najbardziej zachwalaną we wszystkich przewodnikach. Wiało, woda dość mocno falowała. Było mnóstwo ludzi. Ostatni raz kąpaliśmy się w Adriatyku... Na plaży spędziliśmy dwie godziny.

Po powrocie na kwaterę wzięliśmy prysznice, by zmyć z siebie sól. Mieliśmy problem, ponieważ wi-fi ciągle nie działało, a potrzebny był internet, by wyznaczyć trasę na następny dzień.

Wybraliśmy się do centrum miasta na "pożegnalną" kolację. Ostatni raz pofolgowaliśmy sobie finansowo, więc posiłek był wyśmienity. Później poszliśmy do kawiarni na kawę, herbatę, soki i rakiję. Na koniec pospacerowaliśmy uliczkami Puli. Patrycja kupiła plecak i zrobiliśmy zakupy spożywcze, po czym wróciliśmy na nocleg.

Powrót...

09.08.2016 (wtorek)

Wstałam przed 3-cią, pozostali kilkanaście minut później. Po posiłku i kąpieli "na rozbudzenie", około 4-tej wyruszyliśmy w drogę powrotną do Polski.

Późnym popołudniem dojechaliśmy do Milówki, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg. Zgodnie z pierwotnym planem mieliśmy następny dzień spędzić w Energylandii w Zatorze, stąd nocleg na południu Polski. Ponadto uznałam, że trasa bezpośrednio z Puli do Grudziądza jest zbyt długa i tym samym zbyt męcząca oraz niebezpieczna.

Ponieważ dojechaliśmy sporo wcześniej, niż zakładałam, musieliśmy poczekać około pół godziny na właściciela, który zakwaterował nas w ślicznym, góralskim domku, wyraźnie dopiero oddanym do użytku. Kto wie, czy nie byliśmy pierwszymi gośćmi...

Poszliśmy do jakiegoś hoteliku na solidną, polską obiadokolację, zrobiliśmy zakupy na śniadanie.

Mateusz trochę marudził, że nocleg w Milówce jest niepotrzebny, że na tyle wcześnie dojechaliśmy do Polski, iż mógł jechać już wprost do domu, ale w końcu przyznał mi rację, że odpoczynek jest bardzo potrzebny. Dość wcześnie położyliśmy się spać.

10.08.2016 (środa)

Plan pobytu w wesołym miasteczku niezbyt przypadł do gustu Młodzieży, to ja nalegałam na takie zakończenie wycieczki. Problem rozwiązał się sam, ponieważ praktycznie od chwili wjazdu do Polski padał deszcz. W związku z tym rano spakowaliśmy się, zjedliśmy śniadanie i wyruszyliśmy do Grudziądza. Jechaliśmy autostradą, więc droga minęła dość szybko. Do domu dojechaliśmy po południu.

Po...

Wycieczkę zaliczyliśmy do bardzo udanych. Zobaczyliśmy wiele pięknych miejsc, a co najważniejsze - odpoczęliśmy w fantastycznym klimacie, nie martwiąc się generalnie o pogodę i po prostu "pobyliśmy" ze sobą ponad dwa tygodnie.

Mnie najbardziej chyba zadowolił czas spędzony na plażach, choć chorwackie plaże są tak inne od polskich. Stwierdziliśmy, że ze wszystkich, na których byliśmy, najbardziej podobała nam się plaża w Zatonie. W ogóle plaże nad Adriatykiem niekoniecznie nas zachwyciły, choć przyznać trzeba, że ogromnym plusem jest krystalicznie czysta woda i - paradoksalnie - brak piasku sypiącego w oczy. Uwielbiam pływanie, więc kąpiele były dla mnie najprzyjemniejszym punktem wyprawy.

Po raz pierwszy doceniłam posiadanie smartfona. Zdjęcia nim zrobione w pełni mnie satysfakcjonują, a ogromnym plusem jest to, że nie musiałam targać ze sobą aparatu fotograficznego, który ma zdecydowanie większe gabaryty. Ponadto w miejscach, gdzie mieliśmy dostęp do wi-fi można było korzystać z internetu, nie musieliśmy szukać kawiarenek internetowych, jak to było w Indiach.

Fotografii "nastrzelałyśmy" z Patrycją łącznie ponad 4 tys. Fakt, że wiele z nich do niczego się nie nadawało, ale też było z czego wybrać, by udokumentować podróż i "zapisać" wspomnienia.

Już w czasie trwania tej wycieczki, w Splicie, podjęliśmy decyzję o kolejnej, tym razem znowu do Azji...

   alhenag@alhenag.com