Sri Lanka

  • Nazwa: Demokratyczno-Socjalistyczna Republika Sri Lanki
  • Stolica: Sri Dźajawardanapura Kotte
  • Język urzędowy: syngaleski, tamilski, angielski (pomocniczy)
  • Hymn: Sri Lanka Matha (od 22 listopada 1951r.)
Przed...

Wycieczkę zaplanowaliśmy będąc w Chorwacji. Z ochotą dołączyła do nas Patrycja. Pamiętając narzekanie Chłopaków w Indiach na zwiedzanie "ruin" - postanowiłam, że ten wyjazd będzie typowo rekreacyjny, a co najwyżej przy okazji coś zobaczymy. Mając na uwadze powyższe, zaczęłam planować pobyt.

Już w ostatnich dniach sierpnia 2016r. zarezerwowałam lot do Colombo. Niezbyt podobało mi się, że odbędzie się on na pokładach Ukraińskich Linii Lotniczych, ale nie miałam wyboru - to była najtańsza i zarazem najbardziej korzystna czasowo oferta.

Poczytałam na temat Sri Lanki i wyczytałam, że o tej porze roku należy udać się na południe Cejlonu. Początkowo myślałam, by objechać kilka miejscowości, ale w końcu postanowiłam, że zatrzymamy się w jednym miejscu.

Przeszukując oferty hoteli na Booking.com jeden zdecydowanie "wpadł mi w oko", ale cena wynajmu okazała się zbyt wysoka. Znalazłam więc stronę internetową hotelu i z pomocą Szymona wysłałam zapytanie o warunki. Po emailowych negocjacjach ustaliliśmy cenę i zarezerwowałam dwupokojowy apartament dla czterech osób. Musiałam dokonać przedpłaty, co skutkowało drobnymi perturbacjami. Nigdy wcześniej nie robiłam przelewu za granicę, choć to okazało się nietrudne, jednak dość długo trwało, nim pieniądze dotarły do hotelu i już się zamartwiałam, że zaginęły w systemie. Uzgodniłam też, że z lotniska odbierze nas kierowca, przysłany z hotelu.

Początkowo planowałam, że do Warszawy zawiezie nas Tata Chłopaków, ale później uświadomiłam sobie, że przecież mamy własny samochód i można go wykorzystać. Sprawdziłam ceny parkingów w okolicy lotniska i okazało się, że wcale nie są wysokie, ba! - opłata parkingowa będzie niższa, niż koszt paliwa podwójnej jazdy do Warszawy, że o "zawracaniu głowy" wspomnianemu kierowcy nie wspomnę. Tak więc w grudniu zarezerwowałam miejsce parkingowe.

Również w grudniu złożyliśmy przez internet wnioski o wizę turystyczną. Już następnego dnia otrzymaliśmy potwierdzenia bez najmniejszego problemu.

W styczniu Patrycja wykupiła dla nas wszystkich ubezpieczenia podróżne, a ja przygotowałam mini - przewodnik po miejscach, które ewentualnie chciałam odwiedzić.

W dzień wyjazdu zaopatrzyłam się w zapas papierosów, a Chłopacy kupili whisky. Później żałowaliśmy, że tylko jedną butelkę...

27.01.2017 (piątek)

Wyjechaliśmy z domu kilka minut po 21-szej - sporo szybciej w razie jakichkolwiek trudności. Po drodze zatrzymaliśmy się na posiłek w McDonald's.

28-29.01.2017 (sobota/niedziela)

Na parking dojechaliśmy około 1-szej w nocy. Tam zaparkowaliśmy auto, zostawiając w nim zimowe kurtki i obuwie, a Pan Parkingowy odwiózł nas na lotnisko. Byliśmy o wiele za wcześnie, więc podrzemaliśmy, pospacerowaliśmy, zjedliśmy co nieco.

Odprawa rozpoczęła się około 4.30. Okazało się, że dzięki uprzejmości Pani odprawiającej nas podczas pierwszego lotu do Kijowa będziemy siedzieć "w kupie", ale już podczas kolejnego - z Kijowa do Colombo - będziemy "rozrzuceni" po całym samolocie. Dowiedzieliśmy się, że można było dokonać odprawy samodzielnie, przez internet (nauczka na przyszłość!) i wybrać sobie miejsca. Obiecaliśmy sobie, że zrobimy to przy locie powrotnym, co jednak znacznie później nam się nie udało, ponieważ nie na wszystkie loty można to zrobić, a raczej chyba nie na wszystkich lotniskach.

Przy kontroli bezpieczeństwa skonfiskowano mi krem do rąk, bo miałam za dużą tubkę...

Odlot do Kijowa nastąpił punktualnie. Tym razem podczas startu bardzo bolały mnie uszy - Szymon też to odczuł, a w samolocie było bardzo zimno, co odczuliśmy wszyscy. Nie serowano posiłku, ale oferowano jedzenie i napoje, które można było kupić - ceny kosmiczne!

Lotnisko w Kijowie nie zrobiło na nas wielkiego wrażenia. Pospacerowaliśmy i zjedliśmy solidne śniadanie. Pani przy stanowisku transferowym powiedziała, że nic nie może zrobić w kwestii numerów miejsc w samolocie - ja miałam miejsce w rzędzie 22, Mateusz - w 19, Szymon w 14, a Patrycja w ogóle była w innym przedziale - w 33 rzędzie. Na szczęście Mateuszowi udało się namówić swojego "sąsiada" na zamianę miejsc, tak więc Patrycja usiadła obok Niego.

Te komunikaty wyświetlały się tuż przed wylotem z Kijowa...

Wylot nastąpił z prawie godzinnym opóźnieniem, co mnie bardzo zmartwiło, ale z kolei byłam miło zaskoczona reakcją swojego organizmu na start. Poczułam tylko lekki ucisk w uszach podczas nabierania wysokości, tak samo było przy lądowaniu po ponad ośmiu godzinach. Większą część lotu przespałam. Podano dwa posiłki, przyznać trzeba, że smaczne, zdecydowanie europejskie. Po drugim posiłku już nie zasnęłam i bardzo mi się dłużyły ostatnie dwie godziny lotu.

Na lotnisku w Colombo najpierw przeszliśmy odprawę celną, a później dość długo czekaliśmy na bagaże. Bardzo się denerwowałam, obawiając się, że zamówiony kierowca odjedzie, nie doczekawszy się nas. Dopiero, kiedy wyszliśmy z terminala okazało się, że czeka tam tłum kierowców z różnych hoteli.

To, co nas najbardziej zaskoczyło na lotnisku - to sklepy ze sprzętem gospodarstwa domowego, na które natknęliśmy się praktycznie od razu po odprawie celnej. Tak, jakby podróżujący nie mieli innych potrzeb, jak żelazka i tostery, żeby nie wspomnieć o lodówkach i pralkach...

Wymieniliśmy w kantorze 100$, żeby mieć gotówkę na pierwsze potrzeby i znaleźliśmy naszego kierowcę. Po wyjściu z lotniska okazało się, że pada. Pan kazał nam poczekać pod zadaszeniem, a sam poszedł do auta, którym po kilku minutach podjechał.

Zapakowaliśmy się i ruszyliśmy w drogę, zatrzymując się przy jakimś nocnym sklepie, żeby kupić coś do picia. Było bardzo gorąco... Jechaliśmy trasą szybkiego ruchu, więc do Hikkaduwa dojechaliśmy kilka minut po 3-ciej w nocy czasu lokalnego (+4,5 godz. w stosunku do czasu polskiego).

W recepcji hotelu Nippon Villa na kanapie spał Pan (Pomarańczowy, jak Go później nazwaliśmy), który na szczęście mówił po angielsku. Otworzył nam apartament i wrócił na swoją kanapę.

Apartament... Szczerze mówiąc - pierwsze wrażenie nie było najlepsze.

Składał się z kuchenki i dwóch pokoików, przy każdym była łazienka. Jeden pokój zajęli Patrycja z Mateuszem, drugi - Szymon i ja. Chwilę po wejściu Patrycja narobiła rabanu, bo w Ich pokoju biegał karaluch. Po chwili następnego znaleźliśmy z naszej łazience. Przez cały pobyt co jakiś czas pojawiały się w pomieszczeniach. Były wielkie i wyglądały dość groźnie, ale po jakimś czasie przyzwyczailiśmy się i po prostu tępiliśmy je bez słowa. Była tylko jedna szafa ubraniowa w pokoju Patrycji i Mateusza, ale i tak ani ta, ani inne szafki nie nadawały się na przechowywanie odzieży, bo pachniały stęchlizną. Nie było obiecanego sejfu, wyposażenie kuchni szczątkowe, ciśnienie wody pod prysznicem było słabe, a oferowane bezpłatne kosmetyki zawierały jedno maleńkie mydełko w każdej łazience. W następnych dniach okazało się też, że bardzo trzeba pilnować się ze wszelkiego rodzaju okruszkami, bo momentalnie pojawiały się mrówki, a nasza łazienka ciągle jest zalana cieknącą z okna wodą.

Cóż... Spisywałam wszystkie mankamenty, ale na koniec, kiedy doszło do płatności - i tak niewiele zdziałaliśmy. Poza tym po kilku dniach doszliśmy do wniosku, że nie jest aż tak źle, że mogłoby być gorzej, więc nie ma co narzekać.

Jeszcze w nocy poszliśmy na kilka minut na taras przy basenie, żeby przywitać się z oceanem.

Usłyszeliśmy muzykę, dobiegającą gdzieś z plaży, więc Chłopacy wybrali się na zwiady. Patrycja i ja w międzyczasie wzięłyśmy prysznice. Oni wrócili po kilkunastu minutach i wszyscy poszliśmy spać, bo zbliżała się godzina 4-ta, a trzeba było wstać na 8-mą na śniadanie.

29.01.2017 (niedziela)

Po krótkim śnie wstaliśmy i udaliśmy się na śniadanie, które podawano na tarasie przy basenie. I tu spotkała nas nagroda za spolegliwe przyjęcie usterek w apartamencie - jedzenie było rewelacyjne, nie tylko tego dnia zresztą, ale do samego końca. Oferowano zawsze omlety i jajka sadzone (na bieżąco jeden Pan z obsługi smażył), tosty i chlebki ryżowe, czasami też roti - małe, okrągłe placuszki, grzane kiełbaski, pomidory i ogórki, jogurt, dżem, płynny miód, masło, bardzo żółte naleśniki (ciasto barwione szafranem, jak się później dowiedzieliśmy) z nadzieniem miodowo - kokosowym, krojone świeże owoce - kokos i papaję, banany (takie malutkie). Na pierwsze śniadanie dostaliśmy banany smażone, polane miodem. Po kilku dniach pojawiły się bułeczki z pastą rybną i warzywami. Czasami podawano też ryż lub makaron (cieniutki, chyba sojowy) i tradycyjne potrawy lankijskie - z soczewicy, ziemniaków czy też ryby lub kalmary w sosie. Do picia była kawa (z mlekiem, jeśli ktoś sobie życzył), herbata i soki, choć nie świeżo wyciskane, ale smaczne.

Jedzenie serwowano w formie "stołu szwedzkiego", można było jeść do woli, ile dusza zapragnie, a żołądek udźwignie. Po kilku dniach pojawiła się informacja, że jedzenia nie wolno wynosić - co zapewne niektórzy czynili...

Po posiłku posiedzieliśmy dość długo przy stole i już tego dnia zorientowaliśmy się, że śniadanie podawane jest przynajmniej do godziny 10-tej, więc nie trzeba zrywać się z rana. Dla mnie wielkim udogodnieniem było to, że bez problemu mogłam do kawy zapalić papierosa. Naczytałam się, że na Sri Lance palenie tytoniu nie jest mile widziane, a praktyka wykazała, że można było palić zasadniczo wszędzie. Z tej też przyczyny paliłam niestety więcej, niż na co dzień w Polsce...

"Zwiedziliśmy" nasz hotel i stwierdziliśmy, że jest dość duży, ale nie wykorzystuje w pełni swego potencjału. Najwyraźniej wcześniej przy hotelu istniała restauracja lub przynajmniej bar, obecnie pomieszczenia stały puste, praktycznie nie używane, a szkoda... Zastanawialiśmy się wiele razy, co jest tego przyczyną, ale nie odważyliśmy się zapytać o to nikogo. Fotografie poniżej zostały zrobione w różnych dniach.

Wypróbowaliśmy też działanie wi-fi. Połączenie było świetne, choć czas pokazał, że to był tylko dobry początek. Po dwóch czy trzech dniach coś się skiepściło i już do końca bywało różnie. Zorientowaliśmy się, że najlepiej łącze działało w nocy i dość wczesnym rankiem, kiedy większość gości jeszcze spała. Często więc, o ile obudziłam się wcześniej, siadałam przed śniadaniem na tarasie, by poczytać wiadomości z Polski. Mateusz był jeszcze lepszy - korzystał z internetu w nocy, kiedy nie mógł spać.

Tego ranka poznaliśmy większość pracowników hotelu, włącznie z samym Szefem. Może nie od razu, ale z czasem nadaliśmy Im różne przydomki. Był więc Pan Pomarańczowy (prawie cały czas chodził w pomarańczowym polo), Pan Pitbull (ten z kolei miał t-shirt z takim napisem), Pan Ręcznikowy (ubrany zawsze w tradycyjne mundu), Pan Czarny (zarówno pod względem urody, jak i ubrania), Pan Śpiący (miły chłopak, ale jakiś taki "śnięty"). Były też oczywiście Panie, ale spośród Nich tylko jedna miała bliższy kontakt z gośćmi hotelowymi - Pani Anusha, która często przebywała w recepcji. Pozostałe Panie zajmowały się pracami typowo porządkowymi, sprzątały pokoje. W naszym odczuciu najbardziej "obrotny" był Pan Pomarańczowy - do tego wniosku doszliśmy po kilku dniach.

Zeszliśmy na chwilkę na plażę, by po raz pierwszy pomoczyć nogi w oceanie i okazało się, że przed hotelem plaża jest bardzo wąska (nie tylko tam zresztą, a nawet bywało wężej), ponadto w tym miejscu nie bardzo da się kąpać, ponieważ grunt pod wodą jest kamienisty i porośnięty roślinnością.

Po odpoczynku wyszliśmy do miasta.

Zrobiło się bardzo gorąco. Pospacerowaliśmy główną ulicą, by przyjrzeć się trochę miejscowości. Okazało się, że zapomniałam okularów słonecznych i nawet chciałam jakieś kupić, ale ich cena mnie odstraszyła. Doszłam do wniosku, że nie zapłacę kilkudziesięciu złotych za okulary, bez których bądź co bądź da się przeżyć, tak więc do samego końca mrużyłam oczy... W ogóle szybko zorientowaliśmy się, że w Hikkaduwa ceny wielu artykułów, również spożywczych, całkowicie odbiegają wysokością od cen w Indiach, są raczej zbliżone do polskich.

Kupiliśmy wodę, butelkę lokalnego alkoholu - arraku, Patrycja widokówki i wróciliśmy do hotelu. Przebraliśmy się i poszliśmy na plażę. Zaledwie kilkadziesiąt metrów w lewo, przy hotelu Blue Note była ogólnodostępna plaża z leżakami, stolikami oraz dostępnym bezpłatnym wi-fi.

Usiedliśmy przy stoliku pod parasolem. Ponieważ wcześniej założyliśmy, że nie bierzemy na plażę pieniędzy ani dokumentów, Mateusz cofnął się do pokoju po gotówkę, a my zamówiliśmy piwo i pepsi. Po sprawdzeniu cen okazało się, że pieniędzy jest za mało, więc Mateusz poszedł znowu do pokoju. Trzeci raz - po moje papierosy i w ogóle po torbę - poszłam już sama, bo nie miałam sumienia tak Go przeganiać, ale już po kąpieli.

Pierwsza kąpiel w oceanie wydała mi się wręcz niesamowita, zresztą ten zachwyt nie minął mi do samego końca pobytu. Nie wierzyłam, że woda w tak wielkim akwenie może być tak ciepła. Fale były dość spore, więc nie dało się pływać, ale ubawiliśmy się skacząc przez nie. Oczywiście każde z nas napiło się przy tym tej słonej wody całkiem sporo...

Po jakimś czasie poszliśmy na spacer wzdłuż brzegu w lewą stronę. Fale wzmogły się, w miejscach, gdzie dobijały do "falochronu" - mocno nas schlapało. Doszliśmy do szerokiej plaży Narigama i usiedliśmy w knajpce Drunken Monkey, gdzie napiliśmy się soków. Później wróciliśmy na "naszą" plażę, a po drodze znowu kilkukrotnie zalały nas dość mocno fale, miałam mokrą torbę.

W restauracji Blue Note zjedliśmy obiad. Mateusz z Patrycją zamówili paterę mięs z dodatkami, Szymon spaghetti, a ja ryż z kurczakiem. Jedzenie było smaczne, choć wówczas zorientowaliśmy się, że żywienie na Sri Lance nie będzie tak tanie, jak przypuszczaliśmy.

Nastało późne popołudnie, zrobiło się trochę chłodniej. Wróciliśmy do hotelu, wzięliśmy prysznice i wypiliśmy drinka. Stwierdziłyśmy z Patrycją, że arrak nam nie smakuje i chętnie zostawimy go dla Chłopaków, choć później, w sytuacji braku innego alkoholu i tak go piłyśmy w niewielkich ilościach.

Pomimo tego, że większość czasu spędziliśmy w cieniu parasoli - trochę słonko nas przygrzało. Cieszyłam się, że nasmarowałam się filtrem, bo zapewne byłoby o wiele gorzej, a na pewno boleśniej...

Poszliśmy na długi spacer. Przyjrzeliśmy się mijanym knajpkom, a Mateusz obiecał, że poszuka o nich informacji w internecie. Szymonowi brakowało ulicznych stoisk z przekąskami, jakie cieszyły się naszym uznaniem w Indiach. Zauważyliśmy, że w Hikkaduwa nie ma typowych kawiarni, a wybór słodyczy jest bardzo ograniczony, tzn. były czekolady, batoniki i wafelki "zachodnie", ale te w ogóle nas nie interesowały. Kupiliśmy wprawdzie pudełko słodyczy, wyglądających na lokalne, ale po skonsumowaniu stwierdziłam, że są gorsze w smaku od wyrobów czekoladopodobnych z czasów głębokiego PRL-u. Za to Mateuszowi bardzo smakowały i przez cały czas pobytu zjadł zawartość prawie dwóch pudełek. Kupiliśmy też coś w rodzaju cukierków, które wyglądały i smakowały jak kulki skarmelizowanego, grubego cukru.

Nabyliśmy także butelkę białego wina. Ceny alkoholi w ogóle były kosmiczne. Zastanawiałam się, skąd wzięło się u mnie przekonanie, że alkohol na Sri Lance kosztuje mniej więcej tyle, ile w Polsce. Z tego właśnie powodu nie braliśmy z Polski żadnych flaszeczek oprócz wspomnianej butelki whisky. Błąd!

Po powrocie do hotelu usiedliśmy przy basenie, by wypić po lampce wina i wcześnie poszliśmy spać, ponieważ odczuwaliśmy jeszcze zmęczenie po podróży.

30.01.2017 (poniedziałek)

Spaliśmy mocno i dość długo, nie słyszałam budzika.

Po śniadaniu Patrycja i Szymon zostali w pokoju, a Mateusz i ja poszliśmy na plażę. Zaliczyliśmy dwa spacerki wzdłuż brzegu i dwie kąpiele. Fale były wysokie, nieźle się naskakaliśmy, ale też napiliśmy słonej wody.

Wzięłam ze sobą jednoczęściowy kostium kąpielowy, ale już pierwszego dnia doszłam do wniosku, że "zagotuję się żywcem", oblepiona mięsistą, elastyczną tkaniną, dlatego ubierałam na plażę spodenki i sportowy stanik, tak, jak w Chorwacji.

Po powrocie wzięliśmy prysznic, a Mateusz wykombinował, jak zwiększyć ciśnienie wody w "słuchawce". W tym klimacie niepotrzebna nam była ciepła woda (w łazienkach zainstalowane były elektryczne, przepływowe ogrzewacze wody), więc wystarczyło przepiąć wężyki z pominięciem ogrzewacza, co wydajnie zwiększyło ilość wypływającej wody.

Wypiliśmy po drinku - na odkażenie! Patrycja z Mateuszem poszli do sklepu po piwo, z którym później usiedliśmy na tarasie pod parasolem, rozkoszując się oceaniczną bryzą. Jeden z hotelowych gości, Rosjanin, podszedł do nas i poczęstował nas suszonymi anchois. Były bardzo słone, ale jako przekąski do piwa smaczne, choć zasadniczo chyba tylko mnie zasmakowały, ale Mateusz też trochę podjadł.

Właściwie wszyscy pozostali - poza nami - goście hotelu byli Rosjanami. W ogóle Hikkaduwa było pełne Rosjan, a i nas za nich uważano. Praktycznie wszędzie witano nas rosyjskim dobryj dzień lub priwiet. Za każdym razem korygowaliśmy pomyłkę, a czasami próbowaliśmy nauczyć Lankijczyków polskiego "dzień dobry", co niekiedy się udawało.

Pan Szef posiadał psa. Zwierzak był śliczny, bardzo przyjazny i niesamowicie zabawny. Niejednokrotnie obserwowaliśmy go, jak próbuje "wykiwać" pilnujących go pracowników hotelu. Czasami Patrycja lub Szymon bawili się z nim, co wyraźnie sprawiało mu przyjemność.

Około godziny 13-tej zaczął padać deszcz, więc schroniliśmy się w pokoju na drzemkę. Kiedy przestało padać, zaproponowałam wyjście na obiad. Chcieliśmy wybrać się do knajpki przy plaży Narigama, ale zanim się zebraliśmy, znowu zaczęło padać, więc pobiegliśmy do pobliskiej "naleśnikarni" - No. 1 Roti Restaurant, gdzie zjedliśmy bardzo smaczne i niedrogie roti z nadzieniem - każdy wybrał sobie takie, na jakie miał ochotę. Napiliśmy się też napoju, który przypominał w smaku dawną, polską oranżadę.

Chcieliśmy wracać do hotelu, jednak nadal bardzo mocno padało. Staliśmy przy wyjściu, czekając na lepszy moment, kiedy nagle Szymon zarządził natychmiastową ewakuację i pobiegł w strugach deszczu, a my za Nim. Nie wiedzieliśmy, co się dzieje, dopiero na miejscu okazało się, że powodem tego zrywu był... bąk, którego puścił :)

W hotelu okazało się, że pokój Szymona i mój, a także kuchnia są zalane. Zgłosiliśmy rzecz w recepcji i zaraz przyszły Panie, które zajęly się usunięciem wody z podłogi, ale niestety - w pokoju woda nadal wypływała spod okna. Mateusz jeszcze raz zawołał obsługę. Przyczyną "potopu" był zapchany otwór przelewowy z bajorka z rybkami.

W międzyczasie przebraliśmy się w stroje kąpielowe i po akcji "sprzątanie" poszliśmy na plażę. Deszcz nareszcie ustał, było trochę pochmurno, zdecydowanie chłodniej, fale wysokie, ale woda ciepła. Patrycja i Szymon zrezygnowali z kąpieli, ale Mateusz i ja nie odmówiliśmy sobie zabawy, choć byliśmy chyba jedynymi, którzy weszli do wody, poza pływającymi w oddali surferami. Wypiliśmy piwo - co nie było najmądrzejszym pomysłem, trzeba było raczej zamówić gorącą herbatę - i wróciliśmy do pokoju pod prysznic. Po każdej kąpieli w oceanie bezwzględnie trzeba było wziąć prysznic, by zmyć sól z włosów i skóry. Pomyślałam, że jak będę dwa razy dziennie myć włosy, to szlag trafi farbę i wrócę do Polski siwiuteńka :)

Poszliśmy na zakupy i kolację zjedliśmy w pokoju - zabrane z Polski "chińskie" zupki i "lokalne" bułki z serem. Zasmakowały nam chipsy z manioku, ostre w smaku, bo posypane proszkiem chili, co Szymon zauważył dopiero w pokoju. Wypiliśmy herbatki i około godziny 22-giej poszliśmy spać.

31.01.2017 (wtorek)

Mateusz obudził mnie o 7-mej, żebyśmy poszli wykąpać się przed śniadaniem, ale kiedy wyjrzałam z pokoju, stwierdziłam, że jest zbyt pochmurno i nie chce mi się moczyć o tej porze. Położyliśmy się jeszcze do łóżek.

Kiedy po 8-mej poszliśmy na śniadanie - zaczęło się przejaśniać i zza chmurek wyszło słońce. Mateusz sprawdził prognozę pogody, z której wynikało, że przez cały okres naszego pobytu jeszcze nie raz będzie padał deszcz. Trochę mnie to zmartwiło, ale cóż poradzić... pogody nie potrafię "zaczarować"... Na szczęście w kolejnych dniach okazało się, że wiatr rozpędził chmury i zapowiadane opady nie nastąpiły do samego wyjazdu.

Około 10-tej poszliśmy na plażę. Patrycja kupiła od plażowego sprzedawcy kokos. Wypiła sok, ale niestety - nie pojadła miąższu, ponieważ utargowaliśmy cenę, więc pan "ulotnił się" szybciutko i nie przekroił owocu, uznając zapewne, że nie zapłaciliśmy mu za takową przysługę.

Plażowi sprzedawcy pojawiali się oczywiście dość często, oferując odzież, olejki, przyprawy czy najróżniejsze bibeloty. Na szczęście nie byli tak nachalni, jak ich pobratymcy w Indiach, wystarczyło podziękować i odchodzili. Szczególnie zainteresował nas jeden z nich, sprzedający flagi cejlońskie, śpiewający przy tym - fałszując niemiłosiernie - hymny na cześć swego kraju. Był przy tym bardzo przyjacielski - kiedy powiedzieliśmy, skąd jesteśmy, zaśpiewał także coś o Polsce. Nie wsparliśmy go jednak zakupem, no bo... po cóż nam lankijska flaga? Widywaliśmy go prawie codziennie, ale chyba nie udało mu się niczego sprzedać, mieliśmy wrażenie, że wymachuje cały czas tą samą flagą.

Mateusz zrobił Patrycji i mnie sesję zdjęciową. Najbardziej podoba mi się na fotkach własna fryzura :) Bardzo szybko przestałam się nią przejmować...

Posiedzieliśmy pod parasolem prawie cztery godziny, kąpiąc się kilkakrotnie. Fale były świetne. Od soli bardzo szczypały nas oczy, nawet trzeba było chodzić do toalety, by przemyć je słodką wodą, ale ja po kilku dniach przyzwyczaiłam się i coraz mniej odczuwałam dyskomfort. Na słońcu byliśmy tylko podczas kąpieli, a i tak "przypaliło" mi trochę ramiona i plecy. Postanowiłam, że mimo ogromnej niechęci do wszelkich "smarowideł" plażowych i unikania ich przez całe życie, od następnego dnia będę cała smarować się kremem z filtrem 50+.

Po powrocie do hotelu wzięliśmy prysznic, obsmarowaliśmy się emulsjami nawilżającymi, odpoczęliśmy i poszliśmy na obiad. Ulicą poszliśmy do knajpki Drunken Monkey. Zjedliśmy smaczne zupy, m.in. krewetkową i porcję ryżu z sosem na spółkę.

Później poszliśmy dalej, by zajść na pocztę, bo Patrycja chciała wysłać widokówki do Polski. Urząd okazał się małą "kanciapą", niezbyt czystą, w której siedziała miła pani, zapewniająca, że kartki za tydzień będą u celu.

Poszliśmy jeszcze dalej, do baru Thambili Cafe o specyficznym, "marley'owskim" klimacie, gdzie napiliśmy się świeżo wyciskanych soków owocowych. Ja zamówiłam ananasowy z miętą - był wyśmienity.

W drodze powrotnej Patrycja i Szymon przeprowadzili rekonesans "finansowy" w różnych mijanych sklepikach. W małym, wyraźnie rodzinnym przybytku kupiliśmy dwa kawałki domowego ciasta - cynamonowego i ananasowego. W markecie kupiliśmy kawę, herbatę, wodę, pepsi, lody i wróciliśmy do hotelu. Zjedliśmy ciasto, które okazało się przepyszne. Do dziś żałuję i właściwie nie wiem, dlaczego nie poszliśmy do tego sklepiku powtórnie, a mieli tam jeszcze inne, smakowicie wyglądające ciasta.

Dzień okazał się odrobinę nieszczęśliwy dla mojego samopoczucia. Najpierw rano poczułam lekką "rewolucję", więc szybko łyknęłam tabletki, a wieczorem popiłam solidny łyk whisky. Po długim spacerze, na który ubrałam sandały, zrobił mi się pęcherz pod stopą, więc kuśtykałam jak ostatnia niedołęga...

Przed godziną 20-tą wyszliśmy "na miasto". Poszliśmy do restauracji przy hotelu Mamas, o którym czytałam opinie, że jest bardzo brudny. Mateusz potwierdził je po wizycie w toalecie. Niemniej w sali restauracyjnej nie było źle, gościom przygrywał zespół muzyczny. Wypiliśmy po drinku. Patrycji i mnie bardzo smakowały te, które wybrałyśmy, natomiast Szymon był zawiedziony piña coladą, którą koniecznie chciał spróbować. Po jakimś czasie zmieniliśmy lokal na Chill Space Cafe, czyli ten, który Chłopacy odwiedzili pierwszej nocy, po przyjeździe. Usiedliśmy przy stoliku na plaży. Patrycja i ja piłyśmy drinki, Chłopacy piwo. Tam również grał zespół muzyczny, Patrycji nawet udało się wyciągnąć Mateusza do tańca. Przerywnikami były fajerwerki. Bawiliśmy się do północy.

01.02.2017 (środa)

Wstaliśmy trochę później po nocnym imprezowaniu...

Po śniadaniu wspólnie doszliśmy do wniosku, że tego dnia nie idziemy na plażę, ponieważ wszyscy co nieco cierpieliśmy z powodu nagłej opalenizny. Patrycja "padła". Posiedziałam przy basenie z Szymonem, który po jakimś czasie też zrejterował na drzemkę, a dołączył do mnie Mateusz.

Dopiero po 13-tej poszliśmy we trójkę wykąpać się w oceanie, Patrycja tym razem zrezygnowała. Mateusz i ja profilaktycznie wysmarowaliśmy się kremem z filtrem 50+, bo te kilkanaście minut w wodzie mogło okazać się "zabójcze". Wieczorem zauważyłam, że lakier na paznokciach rąk zżókł - chyba od kremu, bo innego wytłumaczenia nie znalazłam, tym bardziej, że na paznokciach stóp pozostał biały, perłowy. I to byłoby na tyle, jeśli chodzi o piękny manicure...

Woda w oceanie była cieplutka, ale fala silna. Przy wychodzeniu jedna mnie przewróciła, zaryłam "czterema literami" po piachu, ale najgorsze było to, że napływająca i powracająca woda tak mną miotała, że nie mogłam się podnieść, Chłopacy musieli mi pomóc.

Po powrocie do hotelu i prysznicu usiedliśmy przy basenie. Pan Szef zagadnął Mateusza, pytając o Polskę, a szczególnie o Oświęcim. Chwilę porozmawiali, a Mateusz później zastanawiał się, czy temat rozmowy nie został wywołany Jego tatuażem, który niektórzy mylą z Gwiazdą Dawida.

Dla Patrycji, Szymona i siebie sparzyłam kawę cynamonową, którą poprzedniego dnia kupiłam w markecie. Jej zapach rzeczywiście był inny, ale smak nas nie "powalił".

Około godziny 16-tej wyszliśmy do miasta na posiłek. Tym razem w Burger Bar zjedliśmy burgery z frytkami, które były bardzo smaczne i relatywnie tanie, choć w przeliczeniu na złotówki niekoniecznie. Później ulicą przeszliśmy do głównej plaży Hikkaduwa, gdzie w barze Happy Waves wypiliśmy soki ze świeżych owoców oraz zjedliśmy deser w postaci naleśnika z bananem i polewą miodową.

Postanowiliśmy wracać plażą. Kawałek dalej natrafiliśmy na zbiegowisko. Okazało się, że do brzegu podpłynęły dwa żółwie. Patrycja momentalnie włączyła filmowanie, ja pstrykałam fotki. Patrycja i Szymon weszli do wody, karmiąc żółwia jakąś wodną rośliną. Zabawa trwała w najlepsze, gdy nagle usłyszeliśmy, jak ktoś głośno krzyczy. Zorientowaliśmy się, że to jeden z tubylców wyraźnie beszta turystów, podchodzących do zwierząt. Myśleliśmy, że pan wścieka się o karmienie, tymczasem Mateusz dowiedział się od innego Lankijczyka, że problem tkwi w tym, iż jeden z obecnych na plaży tatusiów podszedł do żółwia z małym dzieckiem na ręku i pozwolił mu dotykać skorupy, czego robić nie wolno, ale niestety Mateusz niezupełnie zrozumiał wyjaśnienia. Chyba chodziło o to, że dotykanie żółwi jest niewskazane zarówno dla ludzi, jak i samych zwierząt. Była mowa o toksynach, zgromadzonych na skorupie oraz o tym, że żółwie boją się ludzi i bardzo łatwo je przestraszyć wręcz śmiertelnie, choć te zupełnie nie sprawiały wrażenia bojaźliwych.

Dalszy spacer plażą okazał się niemożliwy, ponieważ nie dało się przejść "suchą nogą", więc ulicą doszliśmy do hotelu i dopiero tam zeszliśmy na plażę. Zrobiło się już ciemno. W Blue Note trwały przygotowania do imprezy karaoke. Wypiliśmy po piwie i wróciliśmy do hotelu - Patrycja i Mateusz na drinka, ja na kawę, a Szymon do laptopa (uzależniony!!!). Około 22-giej wróciliśmy w to samo miejsce na kolejne piwo. Paliło się ognisko, wypuszczano w powietrze lampiony, a muzyczka cały czas zapraszała do zabawy, więc niektórzy goście zdecydowali się na śpiew. Gdyby były tam jakiekolwiek polskie utwory, to może też odważyłabym się, ale niestety... Szymon "zaprzyjaźnił się" z pieskiem, którego widywaliśmy później jeszcze kilkukrotnie.

Spać poszliśmy około północy.

02.02.2017 (czwartek)

Wstałam o 7.30, obudziłam wszystkich, a po śniadaniu wybraliśmy się na pierwszą, zaplanowaną wycieczkę. Ubrałam skarpetki i choć było mi w nich strasznie ciepło, to przynajmniej oszczędziłam stopy przed otarciami i w ogóle łatwiej mi było chodzić, mając pęcherz i poparzone słońcem podbicie.

Poszliśmy na przystanek autobusowy.

Komunikacja autobusowa na Sri Lance jest bardzo rozbudowana, o czym świadczy chociażby liczba pojazdów, które widzieliśmy. Autobusy są w różnych kolorach (czerwone, pomarańczowe, zielone). Zdołaliśmy ustalić, że czerwone są pospieszne, przy czym niekoniecznie oznacza to prędkość jazdy i zatrzymywanie się na kolejnych przystankach. Komfort bywa różny - zależy podobno od połączenia. Można trafić na klimatyzowany, nowoczesny autobus lub na stary i zniszczony. My akurat trafialiśmy na "średnie" - nieklimatyzowane, za to bardzo przewiewne, bardziej lub mniej zniszczone. Coś takiego, jak rozkład jazdy - przynajmniej w Hikkaduwa - nie istnieje. Należy stanąć na przystanku i... czekać. Autobusy zatrzymują się generalnie "na żądanie", czyli po prostu trzeba machać ręką, choć i to nie zawsze kończy się sukcesem, niektóre po prostu nie zatrzymują się, jeśli mają komplet pasażerów. Zauważyliśmy, że za "komplet" przyjmuje się liczbę osób siedzących, stanie w przejściu pomiędzy siedzeniami jest chyba niewskazane. Nie przeszkadza to jednak, że kierowca niekiedy jedynie zwalnia przy przystanku, a pasażerowie wyskakują.

Czekaliśmy. Minęło nas kilka autobusów, niektóre nie jechały tam, gdzie chcieliśmy, jeden nie zatrzymał się w ogóle. Kiedy w końcu nadjechał interesujący nas, musieliśmy go gonić i wskakiwać prawie "w biegu". Cena biletu była wręcz śmiesznie niska.

Dojechaliśmy do Balapitiya.

Skierowaliśmy się w stronę rzeki Maduganga, by znaleźć jakiegoś przewoźnika na river safari. Zaczepiało nas kilku osobników, z których wybraliśmy jednego, a on zaprowadził nas na przystań. Tam z szefem uzgodniliśmy cenę za rejs. Nie była zbyt niska, trochę utargowaliśmy, a "plusem" był fakt, że płynęliśmy sami, bez towarzystwa innych, nieznanych turystów. Motorowa łódź - wysłużona nieco - miała na szczęście podnoszony baldachim, bo niechybnie spieklibyśmy się na słońcu jak skwarki na patelni...

Nie wiem, dlaczego rejs nosi nazwę safari river, bo po pierwsze - zdecydowana jego część odbywa się po jeziorze, a nie po rzece, zaś po drugie - jakoś wyprawa zupełnie nie skojarzyła mi się z safari...

Najpierw popłynęliśmy po prostu wzdłuż rzeki, przepływając m.in w "korytarzach" mangrowców. Bardzo szybko wypłynęliśmy na wody jeziora Randombe. Podczas całego rejsu kilka razy przepływaliśmy pod niskimi mostkami, trzeba było schylić się bardzo mocno.

Na kilku skleconych ze sobą balach, czyli czymś w rodzaju tratwy, siedział młody chłopak, trzymający na rękach małpkę. Nasz szyper podpłynął do niego, a my od razu zorientowaliśmy się, że jest to jedna z atrakcji - zabawa z małpką i możliwość wzięcia jej na ręce - oraz że powinniśmy dać chłopakowi napiwek, co oczywiście uczyniliśmy.

Kolejnym przystankiem było nabrzeże przy jakimś domu mieszkalnym, gdzie mieliśmy zobaczyć warana, ale... ten uciekł, jedynie Patrycja zdołała go dojrzeć, a nawet udało Jej się złapać go w obiektyw. Za to w mgnieniu oka na dziobie łodzi pojawił się uroczy, kilkuletni chłopiec, który wyciągnął łapkę po napiwek. Cóż było robić... dałam.

W Polsce coraz popularniejsze stają się zabiegi manicure i pedicure z wykorzystaniem malutkich, egzotycznych rybek z gatunku Garra Rufa. Nigdy wcześniej nie miałam okazji skorzystać z takiego zabiegu, dlatego, gdy podpłynęliśmy do farmy rybek, natychmiast z Patrycją zdecydowałyśmy się na naturalny pedicure. Farma składała się z pływających zbiorników, więc niełatwo chodziło się po ruszających się podestach, przy każdym kroku wszystko bardzo się chwiało. Niezbyt pewnie się tam poruszałam, bałam się, że wpadnę do wody, choć umiem pływać i nie byłoby tragedii... Chyba z powodu tego strachu na początku wycofałam się, ale kiedy Patrycja zanurzyła stopy i zaczęła piszczeć z radości, po chwili dołączyłam do Niej. Nie mam pojęcia, jakiego gatunku były rybki, które "obżerały" nasze stopy, ale zabawa była przednia. Dziwne początkowo uczucie z każdą chwilą stawało się coraz bardziej przyjemne. Uśmiałyśmy się, sypiąc rybkom karmę i obserwując, jak kotłują się w wodzie wokół naszych stóp, co stanowiło jakby dodatkowy masaż.

Takich wodnych farm z rybkami zauważyliśmy sporo. Podejrzewam, że jest to jedna z głównych atrakcji dla turystów i niezły biznes dla miejscowych.

Dalej popłynęliśmy na Wyspę Cynamonową. Od razu po wyjściu z łodzi zobaczyliśmy mnóstwo drzew cynamonowych. Wyspę zamieszkuje jedna rodzina, nie tylko produkująca cynamon, ale prowadząca całkiem sprawny biznes turystyczny. Zostaliśmy zaproszeni do czegoś w rodzaju altany, gdzie starszy Lankijczyk pokazywał i objaśniał proces przetwarzania gałęzi (pędów?) cynamonowca. Na naszych oczach splótł również sznurek z kokosowych włókien. Na koniec krótkiego pokazu zaoferował kupno olejku cynamonowego oraz cynamonu w laskach i proszku. Kupiliśmy co nieco, pan skasował gotówkę i zniknął, a nas bezpardonowo wyproszono, ponieważ na pokaz czekała kolejna, większa grupa turystów. Rozbawiło nas to niepomiernie, bo cóż... interes musi się kręcić i to szybko! Natomiast już w Hikkaduwa zorientowaliśmy się, że bardzo przepłaciliśmy za zakupione olejki i laski cynamonu.

Przepłynęliśmy obok ciekawej świątyni hinduistycznej, umiejscowionej na maleńkiej wysepce na środku akwenu i dopłynęliśmy do większej wyspy Madhuwa, na której znajduje się całkiem spora buddyjska świątynia. Już po wejściu schodkami, tuż za bramą wejściową na teren świątyni, trzeba było zdjąć obuwie i w tym momencie byłam zadowolona, że mam skarpetki, bo moje umęczone stopy mogłyby nie zdzierżyć chodzenia po szorstkim piasku. Pooglądaliśmy otoczenie i weszliśmy do środka, gdzie przyjął nas mnich, który opowiedział trochę o Buddzie i znajdujących się w świątyni eksponatach. Na koniec każdemu z nas zawiązał na ręce rakhi, odśpiewując oczywiście stosowną mantrę. Nawet Mateusz poddał się temu rytuałowi, bo został "wzięty" z zaskoczenia. Zostawiliśmy w skarbonce datek, a mnich wyjaśnił, że darowane pieniądze przeznaczane są na remonty świątyni.

Zarówno w "tamtą" stronę, jak i w drodze powrotnej na przystań widzieliśmy ustawione w wodzie trzcinowe "zagrody", służące do połowu ryb i krewetek, mężczyzn, wydobywających piasek z dna rzeki (straszna praca!) oraz... sklepik na środku jeziora, w którym można było zaopatrzyć się w napoje i owoce. Nie skorzystaliśmy...

Rejs trwał około 1,5 godziny i bardzo nam się podobał. Na przystani czekał szef, z którym uregulowaliśmy należność i wtedy dopiero okazało się, że kierującemu łodzią chłopakowi powinniśmy zapłacić dodatkowo, o czym wcześniej nie było mowy. Trochę się wkurzyliśmy, ale daliśmy pieniądze, nazwane "napiwkiem", bo szkoda nam było niepotrzebną scysją zepsuć sobie miły dzień. Tym sposobem utargowana kwota i tak trafiła, gdzie miała...

Nie rozumiem, dlaczego wszędzie wszyscy oczekują napiwków. Za swoją pracę każdy przecież otrzymuje wynagrodzenie (tzw. pensję), może nie zawsze zadowalające, ale jednak. Natomiast szczytem bezczelności jest dla mnie zwyczaj doliczania 10% wartości rachunku w restauracjach, który to proceder od pewnego czasu pojawił się również w Polsce.

Ta i inne, podobne sytuacje, utwierdziły nas w przekonaniu, że - tak samo, jak w Indiach - "biały" turysta traktowany jest jak "dojna krowa" z nieograniczonym zasobem gotówki. Do Azjatów nie dociera chyba fakt, że tak dla nas, jak dla wielu innych, wycieczka do Ich kraju jest okupiona długim oszczędzaniem i sporą ilością wyrzeczeń. Z drugiej strony - rozumiem, że to, co zarobią na turystach, jest Ich "chlebem powszednim". Trudna sprawa...

Z Balapitiya pojechaliśmy tuk-tukiem do Ambalangoda.

Nie poszliśmy do muzeów, nie kupiliśmy masek (te później Szymon kupił w Hikkaduwa od pana, malującego je ręcznie), za to pospacerowaliśmy po mieście i w końcu weszliśmy do jakiegoś baru, do którego wejście - na pierwsze piętro budynku - było skrzętnie "ukryte" pomiędzy sklepikami. Bar był bardzo czysty, z wystrojem wręcz "europejskim". Z rozmowy z panem właścicielem (chyba) dowiedzieliśmy się, że został właśnie otwarty i funkcjonuje pierwszy dzień. Stąd też - w ramach reklamy zapewne - zaoferował nam bezpłatnie ciasto ryżowe, pierożki z nadzieniem i ciastka. Wszystko było bardzo smaczne, a rachunek za soki zdecydowanie niższy, niż w Hikkaduwa, dlatego bez zastanowienia zostawiłam spory napiwek.

Zarówno Balapitiya, jak i Ambalangoda przypominały klimatem Indie, w odróżnieniu od Hikkaduwa, które jest typowo turystycznym kurortem. Niestety, Balapitiya była równie brudna i zaśmiecona, jak miejscowości indyjskie.

Z centrum Ambalangoda tuk-tukiem pojechaliśmy do kopani kamieni szlachetnych. O dziwo - nie płaciliśmy za wstęp. Pan oprowadził nas po terenie, przywodzącym na myśl ogród botaniczny. To jedna z rzeczy, które urzekały mnie na Sri Lance - wszędzie mnóstwo bujnej, tropikalnej roślinności. To właśnie tam widzieliśmy naturalnie rosnący ananas.

Pan opowiedział o sposobie wydobywania kamieni. Prace wykonywane są ręcznie w bardzo prymitywnych warunkach. Kopalnia to głęboka studnia, z której rozchodzą się poziome korytarze. Ściany wyściełane są paprociami, wchłaniającymi nadmiar wilgoci i wzmacniane drewnianymi stemplami. Warunki pracy są bardzo trudne i niebezpieczne. Robotnicy pod ziemią porozumiewają się z osobami pracującymi na górze za pomocą gumowej tuby. Źródłem światła jest świeca, która daje też znać o zagrożeniu. W momencie kiedy zaczyna brakować tlenu - gaśnie, co nakazuje szybką ewakuację.

Na naszych oczach pracownik wyciągnął z szybu wiadro piachu, z którego wypłukał kilka kamyków księżycowych. My zaś podejrzewaliśmy, że są one podkładane ku uciesze turystów, bo nie chciało nam się wierzyć, że tak na zawołanie właśnie kilka tych kamieni znalazł. Widzieliśmy też innego pracownika, szlifującego kamienie, a ostatnim punktem wycieczki był oczywiście sklep z precjozami - kamieniami naturalnymi, szlifowanymi i biżuterią. Najpopularniejszym kamieniem występującym na Sri Lance jest kamień księżycowy o niebieskim połysku i "księżycowej" poświacie, ale najcenniejszym jest szafir cejloński. Niczego nie kupiliśmy, choć ceny - w stosunku do tych w Polsce - były dość zachęcające, a ja oczami wyobraźni widziałam moją Przyjaciółkę, która uwielbia "świecidełka" i zapewne w tym miejscu dostałaby amoku...

Przy okazji - Sri Lanka słynie z pokładów kamieni szlachetnych. Co drugi sklep w Hikkaduwa oferuje ten właśnie asortyment. Zastanawialiśmy się, czy te sklepy zarabiają na siebie i swoich właścicieli. Chyba tak, skoro istnieją, choć tłoku w żadnym nie widziałam...

Tym samym tuk-tukiem (czekał na nas) pojechaliśmy do Hikkaduwa. Kierowca zdecydował się na przejazd bocznymi drogami, ponieważ jechaliśmy we czwórkę trzyosobowym pojazdem i obawiał się, że złapie nas policja, która chyba jest bardziej restrykcyjna od indyjskiej. Widzieliśmy po drodze domy, ukryte w puszczy, a także iguanę i węża, poruszających się swobodnie wzdłuż pobocza.

Pan zatrzymał się dość daleko od centrum miasta i odmówił dalszej jazdy, właśnie ze względu na policję, zostaliśmy więc zmuszeni do długiego spaceru. Przy okazji "zwiedziliśmy" nie oglądaną do tej pory część Hikkaduwa. Po drodze zatrzymaliśmy się w salonie kosmetycznym, gdzie wszyscy zauroczyliśmy się ślicznym pieskiem Leo, biegającym po salonie, a Patrycja zafundowała sobie mehendi. Nasz podziw wzbudziła sprawność pani w malowaniu dość skomplikowanego wzoru, który Patrycja wybrała. Mimo, że kąpiele w słonym oceanie powodowały wykruszanie się henny, malunek długo utrzymał się na skórze, na koniec Patrycja zmyła go całkowicie.

Do hotelu dotarliśmy około godziny 16-tej. Zastaliśmy czyściutki, wysprzątany pokój, świeże ręczniki i pachnącą pościel, udekorowaną kwiatkami.

Przebraliśmy się w stroje kąpielowe i poszliśmy wykąpać się w oceanie, a później popływaliśmy w hotelowym basenie. Przed 18-tą wzięliśmy prysznic i poszliśmy na kolację. Tym razem trafiliśmy - zgodnie z sugestią Mateusza - do restauracji Cool Spot i zaszaleliśmy. Zamówiliśmy półmisek owoców morza, na którym znalazły się kalmary, krewetki jumbo i tygrysie, krab i ryba. Porcja była duża, najedliśmy się we trójkę wystarczająco i wszystko bardzo nam smakowało, najbardziej krewetki. Zdecydowaliśmy, że przynajmniej raz jeszcze musimy je zjeść, a oprócz tego miałyśmy z Patrycją ochotę na homara, ale przeraził nas trochę koszt potrawy. Ponadto Szymon - zdeklarowany weganin - obrzydzał nam pomysł wskazując na homary, pływające w akwariach i pytając: "Naprawdę chcesz go zjeść?" Ostatecznie homara nie zjadłyśmy...

Po 20-tej wróciliśmy do hotelu. Wieczór spędziliśmy na tarasie przy basenie z kawą i drinkami. Trochę denerwował nas brak internetu. Spać poszliśmy około 23-ciej.

03.02.2017 (piątek)

Wstałam dość wcześnie i poszłam na taras poczytać wiadomości. Panowie przygotowywali już śniadanie, więc poprosiłam o kawę. Kiedy Młodzież dotarła, zjedliśmy posiłek, a po krótkim odpoczynku wyruszyliśmy do Galle.

Autobus znowu zatrzymywaliśmy, machając rękami jak szaleni. Mateusz wykłócał się (ale bez złości) z młodym, wygadanym kontrolerem o cenę biletu - negocjacje zaczęły się od 300 LKR, skończyły na 144 LKR, czyli cenie właściwej. Coś takiego, jak kasa fiskalna, na Sri Lance - przynajmniej w autobusach - nie ma zastosowania, wydrukowany droższy bilet pan po prostu wyrzucił. Kierowca, również młody, jechał jak szalony... Razem z kontrolerem stanowili doborowy duet...

W Galle, już na dworcu autobusowym, zaczepił nas mężczyzna, który koniecznie chciał nas wozić swoim tuk-tukiem, twierdząc, że fort jest czynny dopiero od południa. Zrezygnowaliśmy z jego usług i sami skierowaliśmy się w stronę fortu. Oczywiście bez problemu można było wejść na jego teren. Ciekawe, jaką wycieczkę pan dla nas planował...

Było strasznie gorąco. Zatrzymaliśmy się po drodze przy kramiku z wyciskanymi sokami. Poprosiliśmy o wyciśnięcie limonek i zalaliśmy sok własną wodą z butelki, czym wzbudziliśmy co najmniej zdziwienie, ale nie chcieliśmy ryzykować podania wody z niewiadomego źródła.

Przeszliśmy uliczkami, zaglądając do sklepów. Ceny okazały się sporo wyższe nawet od tych w Hikkaduwa. Po wejściu na mury fortu najpierw skierowaliśmy się w stronę latarni morskiej, mijając "zaklinacza" kobry, choć ta - zapewne z powodu upału - była co nieco leniwa. Pooglądaliśmy, zrobiliśmy oczywiście mnóstwo fotek, odpoczęliśmy chwilę przy brzegu zatoki i ruszyliśmy spacerkiem murami. W południe zeszliśmy na uliczki, by coś zjeść i tu spotkał nas srogi zawód. Okazało się, że z powodu upału trwa sjesta i większość knajpek jest zamknięta. Znaleźliśmy jednak jakąś czynną kawiarenkę, gdzie napiliśmy się soków i mrożonej herbaty. Nie zjedliśmy wprawdzie obiadu, ale w takim upale nikt nie był specjalnie głodny.

Po odpoczynku poszliśmy znowu na spacer murami fortu, już w stronę dworca autobusowego. Tam kupiliśmy w sklepiku jakieś pierożki i ciastka. Chwilę trwało, nim znaleźliśmy autobus, jadący w interesującym nas kierunku. Dworzec w ogóle okazał się "barwnym" miejscem - kierowcy poszczególnych pojazdów wrzeszczeli jak opętani, nawołując pasażerów i zaganiając ich do autobusów.

Po 13-tej ruszyliśmy do Telwatta, położonej w pobliżu Hikkaduwa.

Telwatta jest jedną z miejscowości, które ucierpiały wskutek tsunami w 2004r. Znajduje się tam Tsunami Photo Museum, upamiętniające ofiary katastrofy. W jednym budynku mieści się galeria zdjęć, przedstawiających tragedię, opatrzonych opisami. Miejsce wydaje się społeczną inicjatywą, nie płaci się za wstęp, jedynie zostawia wolne datki. W drugim budynku - wyglądającym bardziej "państwowo" - znajduje się coś w rodzaju centrum edukacyjnego, gdzie oprócz fotografii i rysunków dzieci, ocalałych z katastrofy, są też wykresy i opisy dotyczące powstawania zjawiska tsunami. Również tam zostawiliśmy pewną kwotę w skarbonce.

Wystawy zrobiły na nas przygnębiające wrażenie. Ze względu na drastyczność zdjęć, uświadamiających ogrom tragedii, nie odważyłam się tam robić fotek, zresztą w ogóle nie czułam takiej potrzeby.

Idąc poboczem, zauważyliśmy hałdy wielkich głazów, uformowane wzdłuż brzegu oceanu. Doszliśmy do wniosku, że muszą to być zabezpieczenia przed falami. Przy okazji zrozumieliśmy, dlaczego w naszym hotelu wszystko pachnie lekko stęchlizną - po prostu swego czasu było całkowicie zalane... Dopiero po powrocie z Telwatta zwróciliśmy uwagę na pewne szczegóły, które wyraźnie wskazywały, że przez hotel przelała się fala tsunami.

Z muzeum udaliśmy się na farmę żółwii, która była właściwym celem naszej wycieczki do Telwatta. Zapłaciliśmy wprawdzie niemałą kwotę za wstęp, ale warto było, a Mateusz do końca twierdził, że dla Niego to był najlepszy punkt programu. Żółwie różnych gatunków pływały w kilkunastu basenikach. Najzabawniejsze były te najmniejsze, godzinami można byłoby je obserwować.

Pojawił się pracownik, który poopowiadał o żółwiach oraz działaniach, jakie podejmuje instytucja. Dowiedzieliśmy się, że żółwie są "rozmnażane", hodowane i wypuszczane do oceanu. Opiekują się tam również żółwiami - "kalekami", które np. straciły płetwy. Zwierzęta uczone są na nowo, jak funkcjonować i przetrwać, a później również są wypuszczane na wolność.

Nie byliśmy tam oczywiście sami. Wśród pozostałych turystów była kilkuletnia dziewczynka o imieniu Wiera (tak zwrócił się do niej tata), dwujęzyczna - mówiła po rosyjsku (najwyraźniej po mamie Rosjance) i po angielsku (po tacie niewiadomej narodowości). Biegała jak szalona między basenami, niesamowicie okazywała radość, zaczepiała wszystkich, głośno komentując, co widzi i że jej się podoba. Odezwała się również do mnie i była bardzo zdziwiona, że nie znam języka angielskiego. No bo jak można nie znać?! Stwierdziliśmy, że jest dość nietypowym dzieckiem w dzisiejszych czasach...

Po wyjściu z farmy praktycznie od razu udało nam się złapać tuk-tuka, który zawiózł nas pod sam hotel. Już jadąc zorientowaliśmy się, że zapomnieliśmy podejść do wielkiego posągu Buddy, postawionego dla upamiętnienia ofiar tsunami. Obiecaliśmy sobie, że wrócimy tam koniecznie, co uczyniliśmy dwa dni później.

Ponieważ było już późne popołudnie, zdecydowaliśmy, że najpierw coś zjemy. Wybraliśmy restaurację Home Grown Rice and Curry, gdzie zjedliśmy porcje czerwonego ryżu z różnymi dodatkami oraz napiliśmy się soków i lassi. Szymon otrzymał potrawę, zawierającą kawałki owocu jackfriut, wyglądające jak mięso, o ciekawym smaku.

Jedząc obiad, obserwowaliśmy małpy, grasujące na pobliskich drzewach.

W hotelu natychmiast przebrałam się i wskoczyłam do basenu. Po kilku minutach dołączyli Patrycja i Mateusz, z którym później poszłam jeszcze na kąpiel w oceanie.

Po prysznicu Patrycja z Mateuszem poszli na zakupy, Szymon uciął sobie drzemkę, a ja sparzyłam kawę i odpoczywałam na tarasie. Wieczorem jeszcze raz poszliśmy na spacer, głównie do bankomatu. Okazało się, że można wypłacić tylko ograniczoną ilość pieniędzy, ale prowizja nie była zbyt wysoka. Wieczór po raz kolejny spędziliśmy na tarasie z drinkami i ciasteczkami. Pan Pomarańczowy pożegnał się z Chłopakami, bo wyjeżdżał na dwa dni do swojej rodziny, mieszkającej gdzieś na wsi. Poszliśmy spać po 22-giej.

04.02.2017 (sobota)

Obudziłam się wcześnie i już o 7.30 siedziałam przy basenie. Nim zjawiła się Młodzież, zdążyłam zjeść śniadanie i wypić kilka filiżanek kawy.

Od pierwszej nocy intrygował nas rząd świateł na horyzoncie. W nocy po przyjeździe byliśmy lekko zdezorientowani, bo wyglądało to, jak światła na drugim brzegu, którego przecież tam nie powinno być. Mateusz w końcu zapytał Pana Szefa, w czym rzecz. Okazało się, że to światła łodzi rybackich, które nocami zarzucają sieci, a rankiem przypływają do portu, gdzie można kupić świeże rybki bezpośrednio od rybaków. Pan zaoferował, że jeśli przyniesiemy z targu rybę, to w kuchni nam ją przygotują. Mateusz "napalił się" na barrakudę, ale jak poczytał o tej rybie - odechciało Mu się...

Po śniadaniu poszliśmy na plażę. Najbardziej podobało mi się, że można tam iść w stroju kąpielowym, tylko z ręcznikiem. Kąpaliśmy się kilkakrotnie, głównie Mateusz i ja.

Do hotelu wróciliśmy około 14-tej. Kiedy weszłam pod prysznic, okazało się, że z dolnego kranika woda leci "ciureczkiem", a z prysznica nie leci w ogóle. Nie umyłam więc włosów, tylko opłukałam jakoś ciało z soli, a wychodząc na obiad zgłosiliśmy problem w recepcji.

Znowu poszliśmy na burgery. Ja tym razem zjadłam burger "australijski" - z wołowiną, jajkiem, warzywami i ananasem. Był pyszny, a przede wszystkim ogromny, więc bardzo się najadłam. Zamówiliśmy też soki, które tak "dopełniły" nasze żołądki, że wszyscy marzyliśmy już tylko o poobiedniej sjeście.

W hotelu Patrycja od razu położyła się, a ja z Chłopakami usiadłam na tarasie, jednak po kwadransie wszyscy przenieśliśmy się do pokoju, gdzie Panowie błogo zasnęli, a ja poczytałam wiadomości, bo internet - o dziwo - działał całkiem nieźle. Po jakiś czasie poszłam na taras, a Młodzież wstała dopiero o 18-tej.

Patrycja z Mateuszem poszli odebrać zamówioną sukienkę. Miała ochotę kupić szal z paszminy dla swojej Babci, ale Mateusz poczytał na temat tkaniny i po tej lekturze oraz po rozmowie z panem w sklepie doszli do wniosku, że szale oferowane w lankijskich sklepach wcale nie są z paszminy, a prawdopodobnie nawet nie z "czystego" kaszmiru.

Do około 20-tej posiedzieliśmy z drinkami przy basenie, a później udaliśmy się do Chill Space Cafe na kolejne drinki i piwo oraz posłuchać muzyki. Spać poszliśmy po północy.

05.02.2017 (niedziela)

Pospaliśmy trochę dłużej i na śniadanie dotarliśmy dopiero przed 9-tą.

Po posiłku i krótkim odpoczynku poszliśmy na miejscowy targ - Sunday Market. Najpierw weszliśmy do Fruit Market - niewielkiej hali, gdzie sprzedawano świeże owoce i warzywa, ale też owoce morza, więc smrodek był słuszny... Szymon chciał koniecznie kupić owoce jackfruit. Wymyślił sobie, że zabierze je do Polski. Zapomniał tylko, że owoców nie wolno przewozić, co uświadomiliśmy Mu, kiedy już kupił dwa niewielkie jackfruit od kobiety na ulicy.

Później skierowaliśmy się na właściwy targ niedzielny, odbywający się na powietrzu, ale tłok był tam tak wielki, że odechciało nam się wchodzić między stoiska, choć Patrycja ochotę miała wielką...

W pobliżu był dworzec kolejowy, więc udaliśmy się również tam, by zorientować się w kwestii połączenia do Colombo. Planowaliśmy pojechać pociągiem na lotnisko w dniu odjazdu.

Stamtąd tuk-tukiem pojechaliśmy do Telwatta, by obejrzeć pomnik Buddy, mierzący 15 m - tyle, ile wysokości miała fala tsunami, która zalała miejscowość w 2004r. Chłopacy podeszli pod sam posąg, a Patrycja i ja poczekałyśmy w pobliżu w cieniu pod drzewkiem, ponieważ widniała tam informacja, by zdjąć obuwie i osłonić gołe ramiona. Klapki wprawdzie mogłyśmy zdjąć, ale nie miałyśmy przy sobie żadnego szala, a uznałyśmy, że należy uszanować miejsce kultu.

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w miejscowości Seenigama przy świątyni bóstwa Devol.

W świątyni trwały akurat obrzędy, stała spora kolejka ludzi z darami, więc nie wchodziliśmy do środka. Poszliśmy za świątynię, na nabrzeże, skąd można było popłynąć łodzią na wysepkę, na której znajduje się kolejna świątynia - Seenigama Muhudu Viharaya, ale my tylko zrobiliśmy zdjęcia.

Tym samym tuk-tukiem wróciliśmy do hotelu, gdzie przy drzwiach stał Pan Ręcznikowy. Szymon pochwalił się zakupionymi owocami, a On ze śmiechem oznajmił, że nie nadają się one do zjedzenia, jedynie można wykorzystać pestki do potrawy curry. Powiedział, że aby zjeść jackfruit jako owoc, trzeba kupić duże, żółte okazy, w których pestki są "obrośnięte" miąższem. W związku z powyższym Szymon podarował Panu swój zakup, a ten w rewanżu przyniósł z kuchni ćwiartkę dojrzałego owocu, pokroił i poczęstował nas. Jackfruit miał ciekawy smak - słodki, lekko cierpki, nieco gumowatą konsystencję, ale był bardzo smaczny.

Ponieważ było tuż po 12-tej, postanowiliśmy przeczekać południowy żar w hotelu. Patrycja i Szymon ucięli sobie drzemkę w pokoju, a Mateusz i ja planowaliśmy kolejną eskapadę.

W pewnym momencie poczułam znowu lekką "rewolucję" w brzuchu, więc nie czekając na nic zaaplikowałam sobie tabletkę. Później to samo spotkało Patrycję. Zasadniczo ustrzegliśmy się przez cały pobyt większych problemów żołądkowych, ale też byliśmy ostrożni w kwestii wody, posiłków i "odkażaliśmy się" alkoholem.

Po 14-tej poszliśmy na plażę, gdzie po kąpieli zjedliśmy obiad w restauracji Blue Note - Patrycja spaghetti, Mateusz ryż z krewetkami, Szymon zupę warzywną, a ja zafundowałam sobie grillowanego rekina z frytkami. Mięso było lekko tłustawe, ale świetnie przyrządzone i bardzo smaczne. Oczywiście Patrycja i Mateusz też posmakowali.

Przed wyjazdem Patrycja kupiła okazyjnie mini - kamerkę, którą można było filmować i pstrykać fotki, również pod wodą. Rzecz okazała się świetną zabawką, Młodzi nakręcili nią sporo filmików. Wszyscy zapomnieliśmy jednak, że w tym urządzeniu godzina nie przestawi się samoczynnie... Na zarejestrowanym materiale wyświetla się czas "polski", trzeba więc doliczyć 4,5 godziny.

Po trzech godzinach wróciliśmy do hotelu na prysznic. Ciśnienie wody w łazience poprawiło się nieco, ale i tak nie było najlepsze i takie już pozostało do końca. Musiałam nieźle kombinować, żeby umyć włosy, które poprzedniego dnia nawet ładnie się ułożyły nie umyte, zasolone...

Spotkaliśmy Pana Pomarańczowego, który wrócił do pracy i miło się z nami przywitał.

Po zmroku poszliśmy na spacer, a przy okazji przeszliśmy się po biurach podróży, oferujących tzw. safari w Parku Narodowym Udawalawe. Zaczęliśmy od biura, położonego dokładnie naprzeciw hotelu i tam też skończyliśmy, wykupując wycieczkę na "pojutrze".

Zjedliśmy jeszcze niewielką kolację w No. 1 Roti Restaurant i wróciliśmy do hotelu. Do 22-giej posiedzieliśmy przy basenie, a już w łóżku poczytałam wiadomości.

06.02.2017 (poniedziałek)

Przed 8-mą siedziałam przy basenie, pijąc kawę i czytając poranne wiadomości - tak naprawdę z poprzedniego dnia, bo w Polsce była w tym czasie noc.

Kiedy Młodzież zawitała na taras, ja byłam już po posiłku. Moje śniadanie codziennie składało się z dwóch etapów: "konkret" czyli grzanki, kiełbaski, pomidory, omlet lub jajko sadzone (z drobnymi zmianami, w zależności od menu w danym dniu) oraz "deser" - słodkie naleśniki, owoce, jogurt z miodem. Najadałam się solidnie, dlatego w zupełności wystarczały mi dwa posiłki dziennie, pozostałym zresztą też. I dobrze, bo gdybyśmy mieli kupować więcej jedzenia, zapewne zbankrutowalibyśmy... Za to kupowaliśmy mnóstwo wody i soków.

Niebo było bezchmurne, co kłóciło się z prognozami pogody. Na szczęście zapowiadane deszcze nie nadeszły i do końca pobytu mieliśmy przepiękną aurę. Zaczynał się upał, zdecydowaliśmy więc, że na plażę pójdziemy dopiero po południu. Do tego czasu czytaliśmy, rozmawialiśmy i po prostu leniuchowaliśmy.

Po popołudniowym plażowaniu i kąpielach w oceanie wzięliśmy w hotelu prysznice i poszliśmy na obiadokolację do Moon Light. Patrycja zamówiła grillowanego kurczaka, Mateusz ryż z kurczakiem, Szymon zupę, ja krewetki tygrysie, a do tego jeszcze porcję pieczonych ziemniaczków, co okazało się błędem, bo dania Patrycji i moje zawierały duże porcje frytek i surówki, a porcja ryżu Mateusza była bardzo obfita. Nie zdołaliśmy zjeść wszystkiego, a i tak najedliśmy się, jak bąki... Napiliśmy się też oczywiście soków ze świeżo wyciskanych owoców. Ja najczęściej serwowałam sobie pyszny sok z ananasa. Poprosiliśmy o zapakowanie pozostałości na wynos, jedzenie przydało się wieczorem, kiedy zgłodnieliśmy.

Po kolacji poszliśmy do bankomatu, w którym - jak się okazało - zabrakło gotówki, musieliśmy zatem przespacerować się na drugi koniec głównej ulicy do innego. Po drodze kupiłam kilka suwenirów.

W hotelu Mateusz "załatwił" dla nas śniadanie na wynos na wycieczkę w następnym dniu. Posiedzieliśmy z piwem przy basenie i dość wcześnie poszliśmy spać.

07.02.2017 (wtorek)

Wstaliśmy po 4-tej. Sparzyłam sobie kawę, a Młodzieży herbatę. Pan Pomarańczowy przyniósł prowiant na drogę - bułeczki z rybną pastą, gotowane jajka, banany i wodę. O 5-tej stanęliśmy przed hotelem, czekając na samochód, który pojechał kilkanaście minut później. Większość drogi przespaliśmy.

Około 8.30 dojechaliśmy do miasteczka Udawalawe, gdzie przesiedliśmy się do auta terenowego i wyruszyliśmy do Parku Narodowego Udawalawe.

Najpierw podjechaliśmy do budynku, gdzie nasz młody, sympatyczny kierowca wykupił bilety wstępu. Dopiero wówczas uspokoiłam się, że nie zostaliśmy naciągnięci i rzeczywiście kwota, uzgodniona w biurze podróży, obejmowała zarówno przejazd, jak i wstęp na teren parku.

Kingfisher

Kierowca zatrzymywał się w miejscach, gdzie widać było jakieś zwierzęta, trochę objaśniał, co widzimy. Na samym początku powiedział, że trzeba mieć wielkie szczęście, by spotkać dzikie koty, ale i tak mieliśmy okazję obserwować całkiem sporo różnych zwierząt: słonie, bawoły, krokodyle, warana, małpy, jelenia i szakala, pawie oraz wiele gatunków ptaków, m.in. małe, niebieskie zimorodki, będące symbolem indyjskiego piwa Kingfisher. Na koniec pan stwierdził, że udało nam się zobaczyć większość zwierząt, żyjących w parku.

Dla mnie najwspanialsze były słonie - ogromne, powolne, niezwykle majestatyczne. W pewnym momencie obserwowaliśmy słonicę z młodym słoniątkiem, tarasujących drogę. Kierowcy grzecznie czekali, aż zwierzęta odejdą. Słonica, jakby wiedząc, że nikt nie ośmieli się jej poganiać, spokojnie zajmowała się swoim "dzieckiem". Miałam wrażenie, że z lekkim lekceważeniem spogląda na auta, że jej mina mówi: "No dobrze, przepuścimy was, ale wiedzcie, że to ja tu rządzę".

Po parku jeździło sporo innych aut, w których siedzieli turyści. Zdarzało się, że na niektórych "przystankach" znajdowało się kilka samochodów jednocześnie. Aż dziw bierze, że zwierzęta w ogóle nie sprawiały wrażenia przestraszonych, ale zapewne były po prostu przyzwyczajone do widoku pojazdów i ludzi. Regulamin zabraniał nam wysiadania, podziwialiśmy naturę z samochodu, na szczęście "odkrytego". Nie odczuwaliśmy w ogóle upływającego czasu, ani też najmniejszego znudzenia. Moglibyśmy gapić się tak dużo dłużej...

Obserwując widoki i zwierzęta, pstrykaliśmy mnóstwo fotek. W pewnym momencie doszłam do wniosku, że popełniłam niewybaczalny bład, nie zabierając swojego aparatu fotograficznego. Mam do niego dodatkowy obiektyw z dużym "zoomem", który idealnie nadałby się do wykonania zdjęć w tych warunkach. A nie zabrałam go dlatego, że w czasie wycieczki do Indii nasłuchałam się wielu krytycznych uwag na jego temat, a ponadto - przyznam bez bicia - spodobało mi się, że mogę robić zdjęcia telefonem, zajmującym niewiele miejsca - urządzeniem, które i tak mam przy sobie. Tym razem jednak aparat zdecydowanie lepiej spełniłby zadanie.

Zatrzymaliśmy się na postój pod wielkim drzewem, gdzie wysiedliśmy z auta rozprostować nogi. Stały tam już inne samochody i odpoczywali inni turyści. Pomiędzy nimi skakała mała małpka, która w ogóle nie bała się ludzi, a wręcz zaczepiała wszystkich. Patrycja od razu podeszła do niej i przykucnęła, a zwierzątko chętnie wskoczyło Jej na kolana. Jeden z kierowców dał małpce banana. Zjadła połowę i ponownie zwróciła uwagę na Patrycję, trzymającą w ręku reklamówkę. Próbowała dobrać się do torby, ale Patrycja jej nie pozwoliła. Małpka na chwilę przybiegła do mnie, ale zaraz wróciła do intrygującej ją reklamówki i tym razem udało jej się wyrwać ze środka paczkę... chusteczek higienicznych. Rozerwała folię, myśląc zapewne, że to jakiś przysmak i wyraźnie była rozczarowana, kiedy nie dało się ich zjeść. Odrzuciła pozostałości chusteczek (pozbierałyśmy z Patrycją śmieci), zainteresowała się niedopałkiem, który też nie przypadł jej do gustu, po raz kolejny próbowała dorwać się do zawartości reklamówki, a kiedy jej się nie udało - wskoczyła Szymonowi na plecy. Całe zajście wszystkich rozbawiło. Małpka była rozkoszna...

W południe wróciliśmy do miasteczka, do "naszego" samochodu. Przy pożegnaniu kierowca z parku wprost zażądał napiwku. Dałam...

W drodze powrotnej, w Koggala, widzieliśmy z daleka rybaków, zwanych stilt fisher, siedzących na palach, wbitych w dno oceanu kilka metrów od brzegu. Rybacy łowią ryby, ale też zarabiają, pozując turystom, jednak my nie zatrzymywaliśmy się.

Kierowca zapytał, czy chcemy zjeść obiad, a kiedy odmówiliśmy - zatrzymał się przy jakimś barze i spokojnie poszedł na posiłek. Czekaliśmy na niego z głupawymi minami, nie wiedząc, czy śmiać się, czy złościć. Prawdopodobnie pan liczył na to, że kupimy jedzenie dla siebie i dla niego. Niestety, przeliczył się...

Dojechaliśmy do Ahangama i skierowaliśmy się na plantację herbaty Handunugoda Tea Estate.

Wstęp na plantację był bezpłatny, a po terenie oprowadził nas starszy, elegancki pan, nawyraźniej sam właściciel. Opowiedział o procesie uprawy, zbioru i przetwarzania roślin herbacianych. Dowiedzieliśmy się na przykład, że liście najsłynniejszego gatunku herbaty - Virgin White Tea - pozostają nietknięte ludzką ręką. Ścinane są zgodnie ze starym, chińskim rytuałem, złotymi nożykami do złotych naczyń, tylko i wyłącznie przez młode dziewczęta, a konkretnie - dziewice, które dziennie mogą zebrać określoną ilość liści. W Chinach herbata podawana była tylko i wyłącznie cesarzowi, dziś może ją mieć każdy, za odpowiednią (niemałą!) wszak cenę...

Widzieliśmy rzeczywiście dziewczyny w bielusieńkich kombinezonach i rękawiczkach, kręcące się między krzewami. Zastanawiałam się, w jaki sposób sprawdzane jest ich "dziewictwo" przed przyjęciem do pracy...

Zostaliśmy zaproszeni na taras, gdzie podano nam domowe ciasto i filiżankę herbaty oraz przedstawiono spis herbat, oferowanych w sprzedaży.

Weszliśmy do fabryki, w której dokonywano rozdrabniania i suszenia liści, a komentarz pana uświadomił nam, że herbaty, które zaparzamy na co dzień, to praktycznie śmieci, zapakowane do torebek. Postanowiliśmy, że od tej pory będziemy pić tylko i wyłącznie herbaty liściaste.

Na koniec trafiliśmy do sklepiku, gdzie można było posmakować różne gatunki herbat i oczywiście je kupić. Młodzi nawet sporo gotówki tam zostawili, choć na najdroższą Virgin White Tea (około 175 PLN za 10 torebek / 30 g) nikt się nie zdecydował...

Obejrzeliśmy jeszcze eksponaty w niewielkim muzeum. Na jednym ze zdjęć, przedstawiającym członków jakiegoś kolonialnego chyba, szacownego stowarzyszenia, Mateusz rozpoznał naszego pana przewodnika.

Do Hikkaduwa dojechaliśmy około 18-tej. Uregulowaliśmy rachunek w biurze podróży, zostawiliśmy zakupy w pokoju (po raz kolejny pięknie wysprzątanym, ze świeżą pościelą oraz ręcznikami) i poszliśmy na obiadokolację do Hoome Green Rice and Curry. Tym razem zdecydowałam się na grillowanego tuńczyka. Porcja była bardzo duża, mięso - wyśmienite. Mateusz znowu nie zjadł swojego ryżu z warzywami i zabrał część jedzenia do hotelu.

Po intensywnym i gorącym dniu wszyscy czuliśmy miłe zmęczenie. Popływaliśmy w basenie, posiedzieliśmy na tarasie, ja z obowiązkową wieczorną kawą.

Pojawił się Pan Szef, więc zasugerowaliśmy, że chcielibyśmy uregulować rachunek za pobyt w hotelu. Miałam już dość noszenia przy sobie sporej gotówki, a poza tym chciałam wreszcie ustalić naszą sytuację finansową, co mogło nastąpić dopiero po zapłaceniu i ewentualnym "utargowaniu" jakiejś kwoty. Udałam się z Mateuszem do recepcji, gdzie Pan Szef wyliczył należność po odliczeniu wpłaty. Mateusz "wypunktował" wszystkie mankamenty, zaznaczając jednak, że w ogólnym rozrachunku jesteśmy zadowoleni z hotelu, obsługi i posiłków. Szef jednak niechętnie odniósł się do Jego wywodów, co skądinąd jest całkiem zrozumiałe. Udało się w końcu wynegocjować cenę o 5 USD za dobę niższą, niż pierwotnie ustalona, a ponadto zostaliśmy zaproszeni na kolację, przygotowaną specjalnie dla nas przez hotelowych kucharzy. Dzień wybraliśmy sami. Już po powrocie do pokoju zorientowałam się, że wszyscy - również my - zapomnieli o opłacie za samochód, który przywiózł nas z lotniska, ale w obliczu zbyt wysokiego - według nas - kosztu pobytu postanowiliśmy nie przypominać o tym fakcie.

Dość wcześnie położyliśmy się, a w łóżku udało mi się poczytać wiadomości.

08.02.2017 (środa)

Pospaliśmy prawie do 9-tej. Po śniadaniu uskutecznialiśmy błogie lenistwo - czytanie, rozmowy, drzemka.

Na plażę poszliśmy około 13-tej. Stwierdziliśmy, że to najlepsza pora, bo słońce już tak nie parzy, a jednak ładnie opala i czasu na kąpiele - morskie oraz słoneczne - jest jeszcze sporo do zmierzchu. Tak trzeba było od początku...

Oczywiście kilkakrotnie kąpaliśmy się. Podczas którejś z kolei kąpieli źle "wyliczyłam" wyjście z wody i przy samym już brzegu fala mnie przewróciła. Zaryłam całym ciałem po piasku - grubym, ostrym, z wieloma drobnymi kamyczkami i skorupkami muszelek. Kiedy już w końcu się podniosłam, musiałam wejść ponownie do wody, by wypłukać piasek ze spodenek, a i tak później, pod prysznicem, okazało się, że dużo piasku wdarło się też do stanika, więc mycie było z naturalnym peelingiem... Miałam nieco poharatane kolana, a nawet dość mocno krwawiące, drobne rozcięcie. Na szczęście miałam przy sobie torbę, a w niej krem i plasterki.

Na plaży Patrycja "poprztykała się" z Mateuszem o fotki. Ona chciała mieć wspólne, śliczne zdjęcia na tle palm i oceanu, a On ciągle robił głupie miny. Za to ja - w roli fotografa - miałam ubaw po pachy...

Po 17-tej poszliśmy na posiłek, znowu do Moon Light. Po raz kolejny zamówione porcje - grillowana ryba oraz wieprzowina, jedna i druga z frytkami i surówką, kurczak na słodko - kwaśno, ryż curry i obowiązkowe soki - były tak obfite, że część jedzenia zabraliśmy ze sobą.

Jedzenie i zakupione w powrotnej drodze wino zanieśliśmy do hotelu i udaliśmy się na zakupy. Tego wieczora kupiliśmy większość suwenirów, głównie herbaty, przyprawy, kremy, drewniane bibeloty.

Po 20-tej usiedliśmy na tarasie z winem i kupionymi przeze mnie kandyzowanymi czereśniami w słoiku, we wściekle zielonym kolorze. Młodzież jednogłośnie stwierdziła, że nie są smaczne, ja - że się nie znają... Spać poszliśmy około 22.30.

09.02.2017 (czwartek)

Kilka minut po 7-mej obudził mnie Mateusz i wyciągnął na poranną kąpiel, którą obiecywaliśmy sobie prawie od początku pobytu. Ocean był bardzo spokojny, woda ciepła, powietrze też, ale stwierdziliśmy, że kąpiel o tej godzinie jakoś nam się nie podoba, była więc krótka.

Po prysznicu poszliśmy na śniadanie, na które Patrycja i Szymon dotarli dopiero przed 9-tą. Później siedzieliśmy przy basenie rozmawiając i czytając, a Patrycja wyjęła notatki i... uczyła się! Doceniłam poświęcenie - nauka na urlopie...

W międzyczasie przyszła do nas Pani Anusha i niestety zażądała pieniędzy za dowóz z lotniska. Szkoda...

Około 14-tej poszliśmy na plażę. Między kąpielami i spacerami posililiśmy się grillowanym kurczakiem, frytkami, surówką oraz naleśnikami z bananem i sosem czekoladowym. Zamówiliśmy pojedyncze porcje i tylko pół kurczaka, dzieląc się jedzeniem, ponieważ wieczorem czekała nas "proszona" kolacja.

Wróciliśmy do hotelu po 17-tej. Patrycja i Mateusz poleżakowali jeszcze przy basenie, Szymon i ja od razu wskoczyliśmy pod prysznic.

Zbliżał się koniec pobytu na Sri Lance, a ja nie założyłam nawet połowy ubrań, które zabrałam ze sobą. Z czterech sukienek nosiłam dwie na zmianę i poza bielizną oraz kostiumem kąpielowym to było właściwie wszystko. Tylko na wycieczki poza Hikkaduwa ubierałam luźne, letnie spodnie (jedne z czterech) i bluzki, których wzięłam chyba dziesięć, a znosiłam trzy. Miałam w walizce dwie pary sandałów, a raz tylko ubrałam jedne i od razu zrobił mi się pęcherz pod stopą. Cały czas chodziłam w klapkach. Patrycja przebierała się trochę częściej, ale i tak dużo odzieży zabrała niepotrzebnie. Fakt, że trochę było w tym mojej winy, bo przed wyjazdem nagadałam Jej - sugerując się wyczytanymi w internecie informacjami - że koniecznie musi mieć ubrania zasłaniające ramiona i kolana. Nie przypuszczałam, że tak naprawdę w Hikkaduwa wszyscy chodzą "półnago", a lankijskie zasady, dotyczące ubierania się, nie mają tam wielkiego zastosowania.

Mateusz cały czas kpił z naszych wielkich walizek, a nawet wściekał się, gdy przyszło Mu je targać, np. na lotnisku. Wytykał nam bezsens targania tego wszystkiego przez pół świata. Zasadniczo miał rację, ale o tym przekonałyśmy się zbyt późno.

Doszliśmy do wniosku, że mieszkając na Sri Lance, w takim klimacie, po jakimś czasie zapewne ubieralibyśmy, co popadnie, byle wygodnie i przewiewnie - tak, jak tubylcy - zupełnie nie przejmując się jakimikolwiek kanonami mody. Wielu Lankijczyków ubiera się po europejsku, ale barwne kobiece sari czy mundu - męskie "spódnice" - to nadal powszechny widok. Buddyjscy mnisi paradują w pomarańczowych, tradycyjnych szatach, szkolna młodzież - najczęściej w białych, na kolonialną modłę, mundurkach. Obserwując te dzieci od razu narzucał mi się obraz siebie samej z lat szkolnych, choć stroje szkolne w "tamtej" Polsce były granatowe i niebieskie, a nie białe, niemniej znormalizowane w jakimś stopniu.

Usiadłam na tarasie, gdzie był miły chłodek. Słońce tego dnia co rusz było zakryte chmurkami, przed samym zachodem praktycznie już w ogóle nie było go widać. Wiał lekki wiaterek, ale i tak było bardzo ciepło. Patrycja znowu się uczyła, my czytaliśmy. Wszyscy czekaliśmy na kolację...

No i doczekaliśmy się... Takiej uczty nikt z nas się nie spodziewał. Kiedy Panowie przygotowali stół i zaczęli znosić potrawy - opadły nam szczęki... W menu były grillowane ryby, krewetki, kalmary, specjalna porcja warzyw dla Szymona, do tego ryż i butelka czerwonego wina, a ilość jedzenia przyprawiła nas wręcz o zawrót głowy - było go dla dziesięciu, a nie dla czterech osób. Panowie cały czas stali "w pogotowiu" (co było odrobinę krępujące, bo jakoś tak niezręcznie jeść, kiedy ktoś cały czas spogląda), pytali, czy nam czegoś nie brakuje i czy nam smakuje posiłek. A jedzenie było po prostu wyśmienite, czego nie omieszkaliśmy powiedzieć, a co wyraźnie bardzo spodobało się Panu Pamarańczowemu, aż pokraśniał z zadowolenia. To On właśnie wszystko przygotował w kuchni. Stwierdziliśmy, że biegaliśmy po różnych knajpkach w Hikkaduwa, szukając najsmaczniejszych potraw, a mieliśmy takowe w zasięgu ręki. Któż jednak mógł wiedzieć...

Po 21-szej poszliśmy do Chill Space Cafe na ostatnią imprezę plażową, z której wróciliśmy po północy, zawierając po drodze znajomość z krabem...

10.02.2017 (piątek)

Mateusz obudził nas przed 9-tą i poszliśmy na śniadanie. Okazało się, że ponieważ dotarliśmy na taras spóźnieni - "nasz" stolik, przy którym siadaliśmy od początku, był zajęty, ale na szczęście pani kończyła posiłek i akurat go zwalniała. Jakoś dziwnie było usiąść gdzie indziej, bo przyzwyczailiśmy się do miejsca, a Pan Pitbull po kilku pierwszych dniach o nic już nie pytał, tylko przynosił trzy szklanki soku, kawę i... popielniczkę :) Tego dnia miał chyba dzień wolny, bo nie było Go widać, obsłużył nas Pan Śpiący.

Około 11-tej poszliśmy na plażę, wcześniej, by efektywnie wykorzystać kończący się czas na wyspie. Nie musiałam już smarować się kremem z filtrem, bo moja skóra była ładnie "przybrązowiona". Tak naprawdę od tego dopiero momentu mogłabym bez obaw opalać się prawie bez ograniczeń.

Znowu poczułam lekkie bulgotanie w brzuchu i po raz trzeci zaaplikowałam sobie tabletkę. Przypuszczałam, że "rewolucję" najpewniej wywołały zjedzone poprzedniego dnia kalmary. Chyba owoce morza nie służą mojemu żołądkowi...

Kąpaliśmy się wiele razy. Tego dnia odbyła się też kolejna "sesja zdjęciowa". Śmiałam się, że powinni przybrać pozy, jak dziewczyny, które obserwowaliśmy dzień wcześniej. Wzajemnie robiły sobie fotki, wyginając się przy tym niemiłosiernie, czym wywołały rozbawienie wielu osób.

Na plaży zjedliśmy frytki i napiliśmy się soków, a pod wieczór wybraliśmy się kolejny raz do "hamburgerowni". Posmakowaliśmy tam chyba wszystkich rodzajów oferowanych burgerów. Zostały do spróbowania tylko mushroom burgers, w których zamiast bułki podawano jakieś grzyby, ale wcześniej nie były dostępne, a w ostatnim dniu nie chcieliśmy ryzykować perturbacji żołądkowych.

Po posiłku pospacerowaliśmy, kupiliśmy ostatnie suweniry. Spotkało nas niemiłe zaskoczenie, bo chcieliśmy na sam koniec kupić kilka butelek arraku, a tymczasem był właśnie okres pełni księżyca, podczas którego na Sri Lance obowiązuje prohibicja. W Poya - dzień pełni, narodził się Budda, więc by uczcić jego pamięć, nie sprzedaje się ani nie pije wtedy alkoholu. Na szczęście dowiedzieliśmy się, że następnego dnia (niedziela) sklep monopolowy będzie czynny od rana.

W hotelu usiedliśmy na tarasie, a po 20-tej Szymon rzucił hasło do ostatniego spaceru. Chodząc trafiliśmy do knajpki Happy Waves, gdzie napiliśmy się soków, a Patrycja z Mateuszem zjedli naleśnika z bananami i lodami.

Wróciliśmy do pokoju około 22-giej. Patrycja jeszcze zabrała się za pakowanie. Szymon i ja oglądaliśmy jakiś film, ale szybko zmorzył nas sen.

Przy okazji... à propos filmu. W Indiach tylko w jednym hotelu nie uświadczyliśmy telewizora. Tu nie widzieliśmy go przez cały pobyt, chyba w ogóle nie było w pokojach telewizorów. Zupełnie nam to nie przeszkadzało. Można? Można...

11.02.2017 (sobota)

Wstałam tuż po 7-mej i zaczęłam pakować walizkę. Przed 8-mą poszliśmy na śniadanie. Jak na złość - nie było naszych ulubionych, słodkich naleśników, ale za to podano banany smażone w cieście, bardzo smaczne.

Po jedzeniu kontynuowałyśmy z Patrycją pakowanie, co wcale nie było takie łatwe. Chłopacy zebrali swoje rzeczy w moment, a my... no cóż... trochę tego było. Ponadto zebrało się całkiem sporo zakupionych drobiazgów i gdzieś trzeba było to wszystko upchnąć. Na szczęście Szymon miał "luzy" w swojej torbie, więc jakieś rzeczy Mu dorzuciłam.

O 9-tej Chłopacy pobiegli do sklepu monopolowego po arrak, gdzie okazało się, że nie można płacić kartą, musieli więc udać się do bankomatu.

Ostatni raz poszliśmy na plażę. Patrycja nazbierała sporo ślicznych muszelek. Wszyscy dwa razy się wykąpaliśmy.

Około 11.30 wróciliśmy do hotelu, by wziąć prysznic, przebrać się i dokończyć pakowanie. Już wcześniej stwierdziliśmy, że ubranie się w dżinsy, bluzki i adidasy nie wchodzi w rachubę, bo "ugotujemy się" w tym upale, więc ubraliśmy się w lekkie rzeczy, a odpowiednie na podróż ubrania spakowaliśmy na sam wierzch bagaży. Musieliśmy się pospieszyć, bo okazało się, że obsługa czeka na opuszczenie przez nas apartamentu, by wysprzątać go dla następnych gości. Mateusz zaniósł Panom piwa, których nie zdążyliśmy wypić, w lodówce zostały też mleczka owocowe - mam nadzieję, że ktoś z nich skorzystał, a nie wylądowały w koszu...

Po godzinie opuściliśmy pokój, zostawiliśmy bagaże w recepcji i poszliśmy do "hamburgerowni" na ostatni posiłek w Hikkaduwa. Zjadłam ciastko czekoladowe, na które miałam ochotę od kilku dni. Poszliśmy też wypłacić jeszcze trochę pieniędzy, by mieć gotówkę na drobne wydatki w czasie podróży.

Wróciliśmy do hotelu i czekaliśmy na odpowiedni czas, by wyruszyć w drogę. To właśnie wtedy otrzymałam smutną wiadomość z Polski, że odeszła moja Babcia...

O 14-tej załadowaliśmy bagaże do dwóch tuk-tuków i pojechaliśmy na dworzec kolejowy. Mateusz kupił bilety, wyglądające jak polskie z czasów mojego dzieciństwa (małe, prostokątne kartoniki, tylko zielone), używane prawdopodobnie wielokrotnie, bo jak zauważyliśmy - wysiadający oddawali je przy wyjściu z dworca. Cena za przejazd do Colombo była bardzo niska.

Dotarliśmy dość wcześnie, więc na początku na peronie stało tylko kilka osób, ale zanim przyjechał pociąg - przybyło wielu podróżnych. Martwiłam się, że będzie bardzo tłoczno, a rzeczywistość przerosła moje wyobrażenie. Pociąg nadjechał już praktycznie wypełniony po brzegi. Zrezygnowaliśmy... Może gdybyśmy nie mieli tych wielkich waliz... Mateusz poszedł do dyżurnego ruchu, gdzie udało Mu się odzyskać pieniądze za bilety oraz znaleźć młodzieńca, który zaoferował wezwanie swojego kolegi - taksówkarza, by zawiózł nas na lotnisko. Czekając na kierowcę obserwowaliśmy dwa małe, śmieszne, "dworcowe" kociaki. Jeden z nich próbował wejść do mojej torby. Chyba miał ochotę na emigrację...

Po kilkunastu minutach podjechał zamówiony samochód. Kwota za przejazd była niższa od tej, którą skasowano w hotelu, a samochód duży, wygodny, z klimatyzacją. Młody kierowca nie mówił wprawdzie po angielsku, ale zabrał ze sobą innego chłopaka, którego przedstawił jako brata, a ten potrafił się z nami dogadać. Najważniejsze było, że podróż przebiegła bez problemów, kierowca najwyraźniej znał trasę. Po drodze znowu musieliśmy wypłacić pieniądze, by móc uregulować należność za przejazd. Byłam zła sama na siebie, że tego dnia trzykrotnie wypłacaliśmy gotówkę, za każdym razem z prowizją bankową, ale tego niestety nie dało się wcześniej przewidzieć.

Na lotnisko zajechaliśmy około 18-tej. Już przy wejściu odbyła się pierwsza kontrola bagażu. Usiedliśmy w hali i zaczęło się długie oczekiwanie na odlot, który miał nastąpić dopiero pięc minut po godzinie 1-szej w nocy. W międzyczasie podjedliśmy jakieś kanapki i pączki z lotniskowego baru i przebraliśmy się w "podróżne" ubrania. Okazało się, że w tej części lotniska nie ma pomieszczenia dla palaczy. Mateusz udał się na poszukiwania i wcale nie musiał długo szukać. Jeden z pracowników zaczepił Go i wskazał miejsce, gdzie można było zapalić, mianowicie... toaletę! Fakt - przestronną, czystą, przeznaczoną dla niepełnosprawnych. Najzabawniejsze było to, że paliłam papierosa, przyglądając się tabliczce, wyraźnie tego zakazującej. Pan stał pod drzwiami i pilnował, by nikt nie wszedł... Oczywiście, kiedy skończyłam, pan skasował za przysługę. Pomysłowość ludzka w celu osiągnięcia korzyści majątkowej nie zna granic! :)

Przeszliśmy pierwszą kontrolę bezpieczeństwa, pospacerowaliśmy, "zwiedzając" halę odlotów, wypiłam kawę, a około północy odbyła się druga kontrola bezpieczeństwa i po krótkim już oczekiwaniu weszliśmy na pokład samolotu.

12.02.2017 (niedziela)

Wystartowaliśmy punktualnie. Nie wiem, czy pilot był tak dobry, czy też mój organizm przywykł, ale nie odczułam najmniejszego nawet dyskomfortu, związanego ze wznoszeniem się, a później opadaniem samolotu. Młodzież od razu ułożyła się do snu, ja po krótkim czasie również. Przespaliśmy praktycznie cały lot, z przerwą na posiłki. Pierwszy nie był najlepszy - ostra potrawka z kurczakiem i cebulą, drugi już zdecydowanie lepszy - omlet, kawałki pieczonego mięsa, ziemniaki, owoce.

Wylądowaliśmy w Kijowie o godzinie 7-mej czasu lokalnego (+1 godz. w stosunku do czasu polskiego). Lotnisko o tak wczesnej porze było opustoszałe, więc bez problemu usiedliśmy na kanapach przy stoliku w jednej z knajpek - tej samej, w której zjedliśmy śniadanie dwa tygodnie wcześniej. Podczas 7-godzinnego oczekiwania na lot pojedliśmy kilka razy, wypiliśmy sporo kawy i herbaty, chociażby z nudów. Wystartowaliśmy z lekkim opóźnieniem.

W Warszawie wylądowaliśmy około 15.30.

Po odebraniu bagażu wezwaliśmy telefonicznie pana, który zawiózł nas na parking, skąd odebraliśmy nasz samochód. Temperatura była ujemna (-4oC), więc było nam okropnie zimno po dwóch tygodniach w tropikach. Auto "odpaliło" bez problemu, choć już po drodze okazało się, że jednak coś jest z nim nie tak, więc jechaliśmy powoli. W domu byliśmy około 21-szej.

Po...

Wycieczka - tak, jak ją zaplanowałam - była typowo rekreacyjna. Zdaję sobie sprawę, że będąc na Sri Lance wypadałoby zwiedzić wiele miejsc, opisywanych w przewodnikach. My jednak jesteśmy bardzo zadowoleni i wręcz uszczęśliwieni tym, co widzieliśmy i przeżyliśmy.

Ostatniego dnia, stojąc w wodzie, jednogłośnie stwierdziliśmy, że wcale nie chce nam się wyjeżdżać, że świadomość o panującym w Polsce mrozie skutecznie nas zniechęca do powrotu, że najchętniej zostalibyśmy na co najmniej kolejne dwa tygodnie i że obowiązkowo musimy wrócić jeszcze raz w tropiki... niekoniecznie na Sri Lankę... jeszcze raz nad ocean... niekoniecznie Indyjski...

   alhenag@alhenag.com